Wiara ma to do siebie, Że jeszcze po zniknięciu Nie przestaje działać. Ernest Reman

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moim zdaniem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moim zdaniem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Jazda z przyzwoleniem cz.II

    
     Kwestia jest o wiele szersza i znacznie poważniejsza, niż ta krótko opisywana w telewizyjnych relacjach. Czasem wręcz odnoszę wrażenie, że po przeobrażeniu systemu państwa, pod tym względem w mediach niewiele się zmieniło. Przypomina mi to dawne czasy, gdy w dzienniku telewizyjnym słyszeliśmy jedno, a wierzyliśmy w coś zupełnie innego.W dodatku problem nie kończy się wcale na odbieraniu pijanym prawa jazdy. Niech każdy z podróżujących samochodem odpowie sobie w myślach na pytanie: ile razy jadąc autem był kontrolowany przez policję? Za każdym razem? Często? Rzadko? Sporadycznie? Wcale? To daje tylko mgliste pojecie o ilości pijanych, która uniknęła kontroli i dojechała szczęśliwie do celu. Ta „ciemna liczba” przestępców za kółkiem jest ogromna. To góra, która przeradza się w cały masyw jeśli weźmiemy pod uwagę pozostałe dziedziny życia. Bo przecież tak naprawdę rzecz nie rozbija się jedynie o kierowców. Nimi zajmuje się policja, inspekcja transportu drogowego, nierzadko straż miejska, i inni użytkownicy dróg.
     Kierowcy mają jak i gdzie być kontrolowani. W jej wypadku niewiele mogą załatwić, chociaż oczywiście i tu zdarzają się niechlubne wyjątki. Nie chodzi także o orwellowską kontrolę samą w sobie. Chodzi o społeczne przyzwolenie. Ile osób wykonuje swoją pracę odczuwając kaca lub co gorsza, będąc pod wpływem alkoholu? I zawsze jest jakieś wytłumaczenie, najczęściej przed samym sobą. Bo były imieniny, święta, bo szefa nie ma, bo urodziło się dziecko, bo był ślub, bo przecież piwo to nie alkohol itd. itp. I nie chodzi tu o ludzi, którzy alkoholem chcą uczcić ważne dla siebie wydarzenia w odpowiednim miejscu i czasie. Nie chodzi też o tych, którzy są skłonni zaryzykować kłopoty w pracy i w domu. Chodzi właśnie o tę większość, która chętnie bierze w tym udział i udając skrupuły korzysta z okazji, z zadowoleniem zwalając ryzyko ewentualnych konsekwencji na innych. Natomiast brak reperkusji po podjęciu ryzyka zachęca do pójścia dalej. Łamane są kolejne zakazy i bariery: towarzyskie, rodzinne, religijne, wreszcie administracyjne i karne. Pomyślcie ile nietrzeźwych osób codziennie naraża siebie i innych na niebezpieczeństwo. Słychać co jakiś czas o nietrzeźwych lekarzach udzielających porad, maszynistach prowadzących składy, dróżnikach, pilotach. To przykłady tych, którzy szafują wprost ludzkim życiem i zdrowiem. Jak dużo jest osób zwolnionych z takiego ciężaru w biurach, pracowniach i sklepach? Ilu nietrzeźwych jest codziennie w pracy. Ilu z nich ma dostęp lub wręcz posługuje się urządzeniami, maszynami, a zdarza się, że i bronią. Na kopalniach, hutach, zakładach mechanicznych, w przemyśle ciężkim, chemicznym, energetycznym itd. Ilu z Was miało okazję wypić w pracy, a ilu przed. Nie zwracam się jedynie do osób uzależnionych. I bynajmniej nie zrzucam z nich odpowiedzialności. Mówię do ludzi, którzy prowadzą życie nie obciążone chorobą. Czy w swoim otoczeniu spotykaliście osoby – Wasze koleżanki i kolegów – które w tym miejscu i czasie nie powinny używać alkoholu? Rzecz idzie właśnie o społeczne przyzwolenie. Do tego dołóżcie jeszcze osoby „wczorajsze”, których sprawność psychofizyczna wskutek nadużycia alkoholu jest obniżona. Jeśli twierdzicie, że przecież nic się nie stanie od jednego piwa, że ktoś był wczorajszy ale trzeba go zrozumieć, bo jest mu z jakiegoś powodu ciężko, to właśnie dajecie przyzwolenie. To problem natury społecznej, a nie indywidualnej. Wypada dotrzeć do mentalności osób, które jeszcze nie przekroczyły magicznego progu uzależnienia. Dotrzeć, a nie docierać jakimiś produkcjami, które umożliwiają jedynie zarobienie pieniędzy ich twórcom.


     Otwieram stronę internetową PARPA i cóż widzę. Mnóstwo górnolotnych i wzniosłych haseł, które świetnie wyglądają na papierze i w statystykach rocznych z działalności, ale z miernym skutkiem przenikają do zainteresowanych. Jeśli miernikiem wartości pracy byłaby ilość pism przesyłanych pomiędzy urzędnikami, ilość zapytań i udzielonych odpowiedzi, ilość wydanych opinii, udziału w konferencjach, przygotowanych planów i wdrożeń to pewnie byłbym spokojny o wszystkich chorych ze trzy pokolenia naprzód. Może po prostu biurokracja wzięła górę? PARPA nie jest moim wrogiem i nie uważam żeby pracowali w niej ludzie, którzy nie chcieliby pomóc takim jak ja, ale czasem zdaje mi się, że forma przerosła treść. Że brakuje zwykłej pracy u podstaw, że programy lepiej wyglądają zza biurka, niż z poziomu ulicy. Mamy świetną agencję, widzimy zagrożenia, potrzeby, konsultujemy przedsięwzięcia, kształcimy kadry, oceniamy je, ale ja zwykły chory, który gdyby nie Bóg i kilku dobrych ludzi zdechłbym na jakiejś melinie, albo w zaułku.
Dobre samopoczucie społeczeństwa buduje się właśnie w taki sposób. Oto ci – alkoholicy, którzy sami sobie są winni, a naprzeciwko my, tacy wspaniali, nie mający sobie nic do zarzucenia. Zbudowaliśmy przecież świetny system. Możemy być z siebie dumni. Za granicą chwalą nas za to.
     Takie podejście, jakże częste wśród fachowców, powoduje, że pomimo istnienia całego systemu wraz z jego specjalistami, instytucjami, przedsięwzięciami i programami, choroba i wizerunek chorego w odbiorze społecznym jest nadal na poziomie odbioru drobnego pijaczka, który żebra o kilka groszy wsparcia. Od lat nie zmienia się na tym polu nic. Dzięki temu nadal spokojnie możemy powiedzieć: Są oni alkoholicy, i my – reszta społeczeństwa. I nic się nie stanie jeśli ktoś w pracy wypije trochę alkoholu. Oto właśnie mentalność pozwalająca na społeczne przyzwolenie. A to właśnie wskazuje jak wiele jeszcze mamy cywilizacyjnie do zrobienia.
     A za jakiś czas po długim weekendzie znowu zobaczę panią z telewizji, z trwogą mówiącą o kolejnych setkach przyłapanych na jeździe pijanych kierowców.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Jazda z przyzwoleniem cz.I

     Mierżą mnie poważne i nudne opinie na temat pijanych kierowców. Wygłaszane z powagą tyrady i wystąpienia, w których rozmówcy starają się przedstawić problem spłaszczając go do rozmiarów truizmu, a przy okazji dodając czarno - białą ocenę zjawiska. Zjawiska, które jest o wiele poważniejsze, niż powrót pijanego rowerem po wiejskiej potańcówce.
     To zjawisko to nic innego jak społeczne przyzwolenie. Przyzwolenie na picie w różnych sytuacjach, miejscach i okolicznościach, a nie tylko z kluczykami od stacyjki w ręce. Oczywiście i ja uważam, że jazda pod wpływem alkoholu jest przestępstwem i każdy, bez względu na zajmowane stanowisko i pozycję społeczną powinien ponosić tego czynu konsekwencje, jednakże bez zbędnego w tej sytuacji zadęcia. Nie jestem także wrogiem samego alkoholu. Sądzę jednak, że powoli zaczynamy dostrzegać naszą narodową przywarę, jaką bez wątpienia jest spożywanie alkoholu, jedynie poprzez pryzmat pijanych na drodze, nie dostrzegając złożoności tego fenomenu. To bardzo wygodne, ale i niebezpieczne, gdy większość zaczyna zrzucać odpowiedzialność za ten stan rzeczy, wyodrębniając jedynie dyżurną grupę napiętnowanych, zapominając przy tym, że ta grupa stanowi integralną część niej samej.
     Jakoś jestem dziwnie przekonany, że wszyscy ci wygłaszający mądre opinie eksperci, po wyłączeniu kamer, przestają być tak bezkompromisowi w momencie gdy problem ten dotyka ich samych, lub ich bliskich. Ich postawa budzi moje wątpliwości tym większe, im głośniej wygłaszają swoje – a może właśnie nie swoje - poglądy. Nie jestem też zwolennikiem podnoszenia kar. Coraz ostrzejsze kary nie przynoszą wciąż zadowalających rezultatów. Moja świętej pamięci babcia mówiła, że w czasie okupacji pod karą śmierci nie wolno było handlować mięsem, a ludzie i tak handlowali.


     Wciąż brakuje natomiast wskazania modelu postępowania. Ludzie lubią porównywać się do innych i grać życiowe role. Teraz lansowany w mediach typ twardziela pije i nierzadko jeździ samochodem. Na kpinę zakrawa fakt, że w programach informacyjnych prezenterki i ich rozmówcy z dezaprobatą kręcą głowami, marszcząc brwi poważnymi głosami potępiają pijanych kierowców, a zaraz po zakończeniu audycji na ekrany wkracza reklama piwa przekonująca, że dobra zabawa bez niego się nie obejdzie. Spece od reklamy docierają do podświadomości najczęściej młodych ludzi, mówiąc im jaki styl życia mają naśladować. Odpoczynek po ciężkiej pracy – piwo, emocje sportowe – piwo, impreza z przyjaciółmi – bez piwa się nie obejdzie. Mało tego - kup jedno, może ci się poszczęści i drugie dostaniesz za darmo. Oglądając ten świat można dojść do wniosku, że to normalne, że wszystkie sfery życia związane są z alkoholem, że miejsce tej substancji w życiu człowieka jest nieodzowne i pożądane. Jakże naiwnie przy tych profesjonalnych przedsięwzięciach wyglądają nieśmiałe próby lansowania postaw typu „Prowadzę - jestem trzeźwy”. Ostatnio toporne w swej wymowie i budżecie produkcje wzbogacone mają zostać o szokujące ujęcia wypadków... Tymczasem bohaterowie różnego rodzaju filmów i seriali, mający kłopoty z alkoholem, bez żadnych konsekwencji wracają do picia już po uporaniu się ze swoim, wydawałoby się poważnym problemem, i kilkanaście odcinków dalej pokazują widzom, że już umieją pić w sposób kontrolowany. W ten spoób widzowie otrzymują wiedzę na temat alkoholizmu. Na złośliwy chichot zakrawa fakt sponsorowania festiwalu muzycznego w Tychach im. Ryśka Riedla, noszącego nomen omen nazwę „Ku przestrodze”, przez największy na Śląsku browar. To są rzeczy z którymi się nie godzę. Niestety nie wiem jak zacząć zmieniać świat. Jestem już w wieku gdy człowiekowi pozostaje coraz mniej złudzeń. Są przecież odpowiednie instytucje państwowe, prywatne, społeczne. Są fundacje, ośrodki badań. Istnieją fundusze i całe programy społeczne opracowywane w pocie czoła za niemałe pieniądze. Teoretycznie jest wszystko, albo prawie wszystko. Zbudowany jest cały system i powołana cała armia specjalistów różnego szczebla. Tylko jakoś w rzeczywistości nic się nie zmienia.
     Przysłuchując się tym tyradom wygłaszanym przez różnej maści specjalistów obrzydzenie mnie bierze i mam chęć przełączyć kanał. Jedyną rzeczą dla której tego nie robię jest moje osobiste zainteresowanie problematyką uzależnień. Ale moi znajomi, których alkoholizm nie doświadczył tak mocno, mają to gdzieś i przełączają. Guzik ich obchodzi wystąpienie w telewizji ględzących znawców tematu. Uważają, że gadające głowy mówią o czymś zupełnie abstrakcyjnym. Są przekonani, że przekaz skierowany jest do uzależnionych, nie zaś do nich samych. W domyśle - pijak za kierownicą to z całą pewnością alkoholik, a więc nie ja. Młodzi ludzie też o wiele łatwiej identyfikują się z niegrzecznymi bohaterami, niż odpicowanymi, nieskazitelnymi, lalusiowatymi, natchnionymi rozsądkiem reprezentantami słusznej sprawy.
   

piątek, 30 lipca 2010

Jak stracić ukochane osoby i przyjaciół.

    
     Wiecie? A może wydaje Wam się, że wiecie? Może już od dawna to robicie i nawet nie zdajecie sobie sprawy, że do tego dążycie? Sam w swoim życiu poświęciłem wiele czasu, uwagi i zaangażowania aby tego dokonać. Nie myślcie, że to takie proste. Trzeba sporo zaangażowania, cierpliwości i siły aby darzące Was dotąd miłością i przyjaźnią osoby się odkochały, a przyjaciele odwrócili. Oto garść rad dla wszystkich zainteresowanych. Zasady te w pocie czoła zostały przeze mnie wypróbowane i wcielone w życie. Empiria w najczystszej postaci:


Zasada pierwsza – Nie reagujcie na to co inni do Was mówią. Reagujcie za to natychmiast na sposób w jaki to robią.

Zasada druga – Nie zwracajcie uwagi na ich zainteresowania. Przy każdej sposobności krytykujcie i poddawajcie w wątpliwość ich intencje.

Zasada trzecia – Róbcie swoje. Jeśli zdecydowaliście się napić, to choćby powody były marne, lub nie było ich wcale – zróbcie to. Narżnijcie się i już. Bądźcie konsekwentni.

Zasada czwarta – Zawsze, ale to zawsze szukajcie dziury w całym. Nie dajcie się zwieść pozorom, że coś jest dobre tylko dlatego, że mogło zrobić na Was pozytywne wrażenie. Zawsze musi być jakieś drugie dno. Odnajdźcie je.

Zasada piąta – Z całych sił podkopujcie autorytety . Zarówno ich własne jak i te które są dla nich ważne. Wszelkie sensowne argumentacje, na które brakuje wam kontrargumentów zbywajcie kpiącym uśmieszkiem, który mówi jasno, że Wy i tak wiecie lepiej.

Zasada szósta - Z całych sił narzucajcie własne zdanie i przejmujcie inicjatywę – zwłaszcza na imprezach – niech ci, którzy Was nie znają mówią strapionym bliskim jaki fajny z Was gość.

Zasada siódma - Bądźcie zawsze zmęczeni po powrocie do domu, co ma skutkować brakiem jakiejkolwiek inicjatywy, a potrzebne Wam zasoby sił zdobywajcie pijąc alkohol.

Zasada ósma - Bądźcie skorzy do czułości jedynie pod wpływem alkoholu, a kiedy zachce Wam się amorów w żadnym wypadku nie bierzcie prysznica.

Zasada dziewiąta - Bezwzględnie nie okazujcie czułości. Zwłaszcza wtedy gdy Wasi bliscy tego potrzebują. Spartańskie wychowanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. To głupota trzymać kobietę za rękę, przynieść jej kwiaty, przytulić ją w miejscu publicznym. Nie przystoi to tak ważnej osobie jaką jesteście.

Zasada dziesiąta - Obrażajcie się przy byle okazji. Każda jest dobra do zademonstrowania kto jest dla Was najważniejszy! Potem możecie bez wyrzutów sumienia się napić. To przecież oni są winni Waszego złego samopoczucia. Niech mają za swoje.

Zasada jedenasta – Nie zwracajcie uwagi na potrzeby waszych bliskich. Zawsze na wszystko patrzcie przez pryzmat własnej osoby.

Zasada dwunasta – Zawsze myślcie o sobie jedynie w superlatywach. Jesteście dobrzy. Kiedy już coś zrobicie nie zapomnijcie aby cały świat się o tym dowiedział. potem idźcie się napić – w końcu zasłużyliście.

Zasada trzynasta - Proste prace wykonujcie zawsze zaopatrzeni w alkohol. Prace bardziej skomplikowane tym bardziej.

Zasada czternasta - Nie kłóćcie się o jazdę samochodem. Po powrocie do domu zawsze jest coś do zrobienia przy aucie, a w garażu niech zawsze czeka butelczyna.

Zasada piętnasta - Nie uznawajcie żadnych kompromisów. Nigdy nie bierzcie jeńców i nigdy nie okazujcie litości. To dobre dla słabeuszy, a Wy nimi przecież nie jesteście.


     Znacie to? No, ilu z Was stosuje te zasady? W moim przypadku okazały się nadzwyczaj skuteczne. Żadne tam awantury czy bicie. Utwierdźcie się w przekonaniu, że przemoc ą są wyłącznie rękoczyny. Dzięki temu nie będziecie się martwić. Przecież nikt o trzeźwym spojrzeniu nie chce krzywdy dla swoich bliskich. Trzeźwym napisałem? Coś mi się chyba pomyliło.

     Śmieszne było? Nie jest mi wcale do śmiechu. Właśnie tak umierała moja miłość i przyjaźń. Dzisiaj jestem samotny – tak jak chciałem. Dążyłem do tego, choć gdybyście wtedy zapytali mnie jak to się skończy zignorowałbym te Wasze pytania. Potem poszedłbym się napić, bo tylko to przynosiło ulgę. Mam to na co zasłużyłem. Chcecie pójść moim śladem. No to do dzieła!

czwartek, 22 lipca 2010

Szacunek dla alkoholika

         
     "Szacunek? Nie cierpię tego słowa. Pewnie dlatego że na tym świecie trzeba szanować niewłaściwych ludzi z niewłaściwych powodów." - M.Marchetta


     Polacy generalnie nie szanują siebie nawzajem. Nie szanujemy się poczynając od najwyższych ośrodków władzy, a na najmniej ważnych obywatelach kończąc. Patrząc na ten brak szacunku pomiędzy sobą nie powinniśmy dziwić się, że zagraniczni obserwatorzy podchodzą do Polaków z lekceważącym dystansem. Jak boli wtedy niektórych stereotyp Polaka – alkoholika. Przecież wcale tacy nie jesteśmy mówimy. Może pijemy ciut za dużo, ale za to w Anglii, Hiszpanii, Irlandii etc. to ho! ho! - tłumaczymy. Rządzący kłócą się publicznie stając na czele całej rzeszy polityków, którzy w oficjalnych wypowiedziach nie tylko nie szanują siebie nawzajem, ale również nie okazują szacunku zwykłym ludziom, nazywając ich „ciemnym ludem”, „gawiedzią”, czy też po prostu „masą”. Ambasady i konsulaty nie szanują polskich obywateli i nie udzielają im w kłopotach wystarczającej pomocy uważając, że rodacy najpewniej są sami sobie winni. Za granicą Polak często nie tylko nie pomoże, ale i oszuka krajana jeśli tylko nadarzy się taka okazja. Pracodawcy nie szanują pracowników, a związki zawodowe pracodawców. Kibice sportowców i odwrotnie. Rozwydrzona młodzież nie szanuje starszych. Mężczyźni nie szanują kobiet i na odwrót. Mógłbym jeszcze długo wymieniać. Na samym dole społecznej drabiny kierowca zamyka drzwi przed dobiegającym do autobusu pasażerem, choć nic takiego nie stałoby się gdyby poczekał na przystanku kilka sekund dłużej. Ulegamy jakiemuś ogólnonarodowemu zdziczeniu. Młodzi zwyrodnialcy, jako urodzinowy prezent dla kumpla, zabijają bezdomnego... Silniejsi nie szanują słabszych, a co gorsza nie maja nad nimi litości. Tak jak nad zwierzętami. Oczywiście brak szacunku wobec innych to nie tylko nasza domena. Jeszcze tak niedawno mówiono o szacunku, współpracy, przyjaźni pomiędzy narodami Unii Europejskiej. Wystarczył jeden kryzys aby szczytne idee wolności, równości i braterstwa zawaliły się jak domki z kart.

 
     Jak zatem liczyć na to aby ktoś szanował alkoholika. Ci od razu są na straconych pozycjach. Wszak alkoholicy w opinii większości to po prostu wyrzutki społeczne, nieudacznicy gotowi za łyk alpagi zrobić wszystko. Jednym zdaniem - osoby nie warte uwagi i zachodu. Sami pijący nie szanują zresztą niczego, począwszy od siebie samych – w początkowym stadium choroby osoby w ich życiu najważniejszej. Trudno więc oczekiwać, że szanować będą innych. Wyrażają brak szacunku wobec rodziny, przyjaciół, znajomych, nieznajomych, terapeutów itd. itp. Najczęściej staczają się powoli do punktu, w którym albo można odbić się od dna, albo zatracić całkowicie. Jest jednak różnica w pojęciu. Alkoholik to stereotypowo pijak – osobnik niesolidny, odpychający, nie godny zaufania. Gdy odstawi alkohol staje się abstynentem, kiedy i ten stan uda mu się utrzymać zostaje trzeźwiejącym – także alkoholikiem, który stopniowo ma coraz mniej wspólnego ze swym stereotypowym pierwowzorem. Gdy proces zdrowienia zostanie u niego zapoczątkowany wtedy, jak nikogo innego, boli go piętno własnej choroby. Odczuwa lęk przed odrzuceniem i wykluczeniem społecznym. Chciałby pokazać, że nie jest jeszcze stracony, że może się podnieść i otrząsnąć. Często jednak środowisko, do którego wraca po terapii na to nie pozwala. I wbrew pozorom nie piszę o środowiskach patologicznych. Kiedyś w pewnej audycji telewizyjnej usłyszałem opinię jednego z jej uczestników, legitymującego się tytułem naukowym szczebla profesorskiego – przynajmniej tak było napisane na ekranie. Otóż człowiek ten publicznie przyznał, że coś takiego jak choroba alkoholowa nie istnieje, zaś to co dzieje się z niektórymi ludźmi jest wymysłem chytrych terapeutów, którzy usiłują jedynie wyłudzić kasę od swoich pacjentów. Całość zaś służy usprawiedliwianiu występków i zbrodni popełnianych przez grupę pijących cwaniaków. Ręce mi opadły. Jak tu pokazywać czym jest choroba alkoholowa, jak wskazywać zagrożenia, jak przybliżać tę chorobę innym, jak mówić na ten temat jeśli ktoś ex cathedra podważa wszystko jednym stwierdzeniem - „nie”? Jako żywo przypomina mi to scenę z „Misia” Barei, w której urzędniczka stwierdza, że: „- Nie ma takiego miasta Londyn – Jest Lądek, Lądek Zdrój…” Może więc i ów uczony powinien pójść i poszukać…

     Trudno żyje się w społeczeństwie z piętnem alkoholika. Daleki jestem od użalania się nad dotkniętymi tą przypadłością. Nie mam zamiaru także nikogo usprawiedliwiać. Wiem jak bardzo cierpią rodziny uzależnionych. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości przybywało będzie ludzi, którzy potrafią spojrzeć na ten problem racjonalnie, bez zbędnych emocji, ale także bez posługiwania się stereotypami. Spojrzeć zwłaszcza na tych, którzy przeszli gehennę pijaństwa i mówią o sobie, że są trzeźwiejącymi alkoholikami. Spojrzeć na ich bliskich i rodziny.

     Rzecz w tym, że w naszym kraju brak szacunku do drugiej osoby najczęściej przejawia się działaniem, a nie tylko jego zaniechaniem. Mówi się o okazaniu braku szacunku. Cóż to jest, jak nie otwarta pogarda, agresja i wrogość. Odrzucenie i wykluczenie społeczne nie sprzyja powrotowi do zdrowia. Nie pomaga własnej akceptacji jako chorego. A szacunek, rzecz jasna, należy się bezwzględnie wszystkim - nie tylko cierpiącym i nie tylko alkoholikom.

poniedziałek, 5 lipca 2010

"Jakkolwiek Go pojmuję"

     
     Chińskie przysłowie powiada: Mądremu wystarczy raz usłyszeć prawdę, by w nią uwierzył, rozsądny wierzy za drugim razem, głupi musi usłyszeć ją trzy razy. Tak było w moim przypadku i wychodzi na to, że nie byłem ani mądry, ani rozsądny.
     Jak to możliwe żeby ten sam Bóg, który ściąga na mnie tyle plag, może mnie od nich uwolnić? Bóg, który odbiera mi wszystko, a zwłaszcza to co kocham, karmi bólem i cierpieniem?
Tak właśnie kiedyś myślałem, bo nigdy nie starałem się Go poznać.



PRZYPOWIEŚĆ O PTAKU

     Pewien ptak codziennie chronił się w suchych gałęziach drzewa stojącego pośród rozległego pustynnego krajobrazu. Razu pewnego trąba powietrzna wyrwała drzewo z korzeniami i biedny ptak musiał przelecieć co najmniej sto mil, zanim znalazł sobie nowe schronienie. Dotarł wreszcie do lasu, gdzie drzewa uginały się od owoców.
Gdyby uschnięte drzewo ocalało, nic nie skłoniłoby ptaka by poszybował w przestworza.

     I tak jest ze mną, Bóg ma swój plan i chce mojego dobra. Rozwalił mój stragan z cebulą, bym zwrócił na Niego uwagę. Dziś inni ludzie mnie otaczają, inne miejsca odwiedzam, inne niebo jest nad moją głową i inne słońce mi świeci. Choć wszystko jest inne to wcale nie jest gorsze, a czasami nawet jest dużo lepsze. Mam świadomość, że powierzając Mu swoje życie, zadba On o moje sprawy lepiej niż ja sam.

Nie wiem, mój Panie,
co mi się dziś przydarzy.
Wiem jedynie, że nie spotka nic mnie,
czego byś Ty nie przewidział i nie ustanowił
dla mojego większego dobra.

     On jeden przy mnie został, gdy inni we mnie już zwątpili. Dał mi wiarę w siebie, nauczył mnie czekać na coś co się już ziścić nie miało, pozwolił mi marzyć ale wskazał granicę i dał mądrość by klęskę zamienić w sukces. Gdy raz się nie udało, bo pułapki nie zauważyłem i praca moja została wyśmiana i zniszczona, On nie pozwolił mi się załamać, bym trud podjął na nowo. A przedewszystkim dał mi siłę i upór bym wysiłek swój ciągle wzmagał. To Jemu zawdzięczam że moje trzeźwienie przebiega tak spokojnie i pogodnie. Jego wola niech się dzieje, a moja niech będzie radość z życia.

Dziękuję Ci Boże żeś uczynił mnie na nowo wolnym człowiekiem.



Do zobaczenia w trzeźwości!
ZYGI

piątek, 2 lipca 2010

Służyć w AA?

    
     Służba w AA jest jednym z nieodzownych  warunków  mojego powrotu do zdrowia. Obok zdrowienia i jedności służba jest jednym z trzech legatów działalności Anonimowych Alkoholików.

     Pozwoliłem sobie otworzyć internet i poczytać co nieco na temat służb w AA. Przyznam bez ogródek, że nie spodobało mi się to co tam znalazłem. Z moich studiów wynika, że ktoś usiłujący znaleźć pomoc mógłby bez trudu dojść do przekonania , że nie ma tu czego szukać. Struktury AA – są już tak nadęte, że czytając periodyki wewnętrzne można dojść do wniosku, że AA zajmuje się tak bardzo sama sobą jako organizacją, że już nie ma w niej miejsca na nic innego. Uczone, a zarazem nadęte wywody na temat służb zdeprymowały mnie. Powiem szczerze nie chcę być częścią tej biurokratycznej maszyny, która szkoli siebie, szkoli innych, mogłaby szkolić wszystkich wokół i cały czas mówić o niesieniu pomocy innym alkoholikom. Moderatorzy, trenerzy, konwersujący ze sobą działacze różnego szczebla - wszystko to sprawia, że nowoczesne struktury AA zaczęły kojarzyć mi się z instytucją, a nie oddolnie tworzoną grupą osób, które chcą pomóc sobie nawzajem w trwaniu w trzeźwości.

   

    
     A ja chciałbym uczestniczyć jedynie w spotkaniach AA zwanych mityngami – takich, w których odnalazłbym odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Gdzie znalazłbym oparcie i warunki do poszukiwania swojej nowej tożsamości. Albo gdzie po prostu mógłbym w spokoju i bezpieczeństwie spędzić czas. Mityngi, podczas których wsłuchałbym się w głos płynący do mnie gdzieś z własnego wnętrza, gdzie usłyszałbym kilka ciepłych słów i poczuł otuchę, a nie szarpał się z organizacją i martwił o to kto poprowadzi kolejny mityng, kto i kiedy obejmie służby, czy za składkowe pieniądze lepiej kupić kawę tej , a może innej marki itd. Na poziomie podstawowym służby mają znaczenie tylko jeśli przyczyniają się do ułatwiania pracy grupy oraz pozytywnie wpływają na aktywny udział jej uczestników. Sądzę, że mają być środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Chcę AA, w którym człowiek niesie pomoc drugiemu człowiekowi. Gdzie rozwijam swoją duchowość bez nadmiernej religijności, bez bezustannego przypominania jaką to wspaniałą organizacją jesteśmy, jak to nieustannie się poświęcamy w niesieniu pomocy obowiązkowo zaznaczając, że jesteśmy skromni i nie szukamy splendoru. No właśnie – czy rzeczywiście staliśmy się już, i tylko organizacją? Lada chwila okaże się, że aby prowadzić mityng potrzebny jest jakiś certyfikat albo może inne pozwolenie.

     Kilka razy na różnych mityngach spotykałem ludzi, którzy zachowywali się tak jakby siedzieli w knajpie wśród starych kumpli od kieliszka. Te zbyt głośne rozmowy, to poklepywanie po plecach, a nierzadko uściski. Ta agresja ubrana w szatę jednomyślności… Wykrzykiwane uwagi, zaczepki, pewność siebie, a do tego postawa, z której jednoznacznie wynika kto tu rządzi. Posługiwanie się niezrozumiałym językiem, dzięki któremu nowicjusz czuje się zagubiony jeszcze bardziej. Właściwie brakowało jedynie kufli z piwem na stołach. Nie podoba mi się takie AA. Zawsze chciałem trafić do grupy przyjaciół, ale wchodząc w takie towarzystwo odnosiłem nieodparte wrażenie, że jestem tam zbędny, że tylko przeszkadzam. Zdeprymowani nowoprzybyli w takich sytuacjach najczęściej już nie pojawiają się na kolejnych mityngach. Ale my oczywiście sobie nie mamy nic do zarzucenia. To ich wina – widać jeszcze nie osiągnęli swojego dna, mówimy. I dalej niesiemy święty sztandar posłania. Niech no tylko ktoś spróbuje go zbezcześcić!

     Czasami odnosiłem wrażenie, że AA służy niektórym ludziom do samorealizacji. Kiedyś zanim alkohol pozbawił ich stanowisk, rodzin i prestiżu społecznego byli ważni. I nadal chcą nimi być. Tym razem jednak odnaleźli się w nowym miejscu – strukturach AA. Są upierdliwi i męczący w kontaktach jak prezesi związku działkowców, kiedy trzeba coś załatwić. A w dodatku często nie mówią, a przemawiają do maluczkich, sobie pozostawiając właściwą i jedynie słuszną interpretację tego co jest, a co nie jest zgodne z tradycjami AA. Obyci na różnych szkoleniach przemawiają z piedestału, na którym sami się ustawili. Choć żaden z nich nie znał Billa i Boba zawsze odnosiłem wrażenie, że właśnie wrócili z Akron i zaprezentują nam nową Wielką Księgę.
    


     Jeśli służenie innym to dobro, to ważne jest aby jego czynienie było nieuświadomione, w przeciwnym wypadku staje się ono jedynie środkiem do budowania własnej pychy - zauważył kiedyś Gandhi. Dlatego służenie innym, właśnie na poziomie grupy jest tak ważne. To dzięki myciu szklanek i sprzątaniu sali po spotkaniu demontowałem swoje ego. To dzięki służbom uczyłem się odpowiedzialności i współpracy z innymi. Nawiązywałem kontakty, przezwyciężałem własny wstyd i nieśmiałość. To dlatego polecam ich przyjmowanie przez innych. I na pewno nie namawiam aby czynić to z przymusu. To byłoby dopiero złamanie zasad. Mówi się o tym, że już dwóch alkoholików może odbyć mityng. Nie wyobrażam sobie aby zaczynali od wyboru służb. Nie to jest celem naszego istnienia.

     I jeszcze jedno. Mój opis AA jest czysto subiektywny i muszę napisać, że dotyczy on jedynie nielicznych wyjątków, z jakimi zetknąłem się w czasie mojej dotychczasowej drogi do trzeźwości. Zdecydowana większość aowców to świetni ludzie, którym wiele zawdzięczam i którzy nauczyli mnie widzieć świat we właściwych proporcjach. Tym pozostanę dozgonnie wdzięczny. Ale i ci, którzy prowadzą grupę jako własną organizację nauczyli mnie czegoś wartościowego. To właśnie dzięki nim widzę jaki nie chcę się stać, za co dziękuję.
    

wtorek, 22 czerwca 2010

Czternaście miesięcy

    
     Moja trzeźwość ma już czternaście miesięcy, więc pozwolę sobie na trochę refleksji. Kiedy rok temu w maju rozpocząłem terapię miałem bardzo nikłą nadzieję na sukces, choć bardzo pragnąłem tego trzeźwienia. Myślę że brak wiary spowodowany był tym, że raz już trzeźwiałem i wiedziałem ileż trzeba włożyć w to pracy i samozaparcia by gdzieś tam po czasie zobaczyć efekt.
     A drugą taką rzeczą dającą złe rokowania było to, że mieszkałem wówczas z dwoma czynnymi alkoholikami. Tak, że po terapii wracałem do alkoholowego świata wypełnionego alkoholowymi oparami, pijackim bełkotem i tworami pijanej wyobraźni. Jedyną rzeczą której się nie spodziewałem, a która była dla mnie bardzo korzystna było to, że im było na rękę że ja przestałem pić. Nie namawiali mnie do picia, jedna gęba do butelki mniej to luksus.


     Terapię odbywałem w ośrodku „Droga” w Dąbrowie Górniczej i szybko polubiłem to miejsce, jak i ludzi. Okazało się, że na ten początkowy, trudny dla mnie moment znalazłem alternatywę dla mojego picia - był nim kurs komputerowy. Terapię skończyłem pomyślnie, wyprowadziłem się z pijanego świata i zamieszkałem w miejscu, w którym kiedyś pozostawiłem moją przerwaną trzeźwość i gdzie widziałem dla siebie największe szanse na trzeźwe życie i rozwój. Różnie bywało przez te czternaście miesięcy, nie wszystko mi wychodziło i nie wszystko było takie, jak bym sobie tego życzył. Przez cały ten czas miałem kontakt z trzeźwiejącymi alkoholikami, zresztą prawie rok jeszcze byłem w terapii pogłębionej i uczestniczyłem w mityngach. Nigdy jednak nie upadałem na duchu bo wiedziałem, że kiedyś moja praca nad sobą da mi wymierne korzyści. Najwięcej korzyści odnoszę z otwarcia się na ludzi i otaczający mnie świat. Ułatwiło mi to budowanie zaufania, szacunku i wszystkiego tego co utraciłem przez picie.
     Zawsze będę powtarzał, że trzeźwienie to nie spacerek na Kopiec Kościuszki, tylko ciężka harówka. To także wyrzeczenia, trzeba przestrzegać zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików bo ten, który tego nie robi zgubionym będzie i przekonałem się o tym na własnej skórze.
     Ten okres czternastu miesięcy to także radość i to zdecydowanie. To radość z tego, że potrafiłem się nauczyć cieszyć z rzeczy małych, codziennych. To radość z czyjegoś życzliwego uśmiechu, dobrego słowa, czy rady. Boże, jakże mi kiedyś tego brakowało. To takie moje perełki a ich suma to mój skarb, a że człowiek zachłanny bogactwa to chce więcej. Dzięki ludziom, którzy zauważyli we mnie człowieka który pragnie żyć inaczej dostałem kredyt zaufania w postaci pracy. Myślę że kredyt ten już spłaciłem, a praca ta jest najfajniejszą rzeczą jaką obecnie posiadam. Drugą taką ważną rzeczą dla mnie są środowe mityngi grupy „ W Drodze ”. Uczestniczę w nich od samego prawie początku istnienia i przez ostatnie pół roku nawet je prowadziłem. Panuje tam fajna atmosfera, duży luz, poruszane są ciekawe tematy, czuję że jestem wśród przyjaciół i gdybym nie mógł z jakiegoś powodu nie być na którymś z nich, czułbym się jak rozładowana bateria.
     Ostatnio odebrałem certyfikat umiejętności komputerowych i też jakąś tam dumę z siebie poczułem. Przypomniałem sobie momentalnie jak kiedyś się źle z tym czułem, że jestem analfabetą komputerowym - a teraz proszę. Naprawdę fajne uczucie. Chcę go poczuć znów i dlatego postanowiłem zdobyć średnie wykształcenie. Zaczynam od września w ogólniaku.

Czy się nie boję porażki?
     Przecież moje pijane życie było jedną wielką porażką, to co mi szkodzi zobaczyć czy umiem latać.
A co dalej z trzeźwością?
     Dokładnie to samo, ona jest najważniejsza! Trzeźwość to taka bombka choinkowa, ładna ale bardzo delikatna i krucha. Trzeba uważać żeby się nie zbiła.
     Natomiast reszta życia trzeźwiejącego alkoholika (praca, rodzina itd.), bez bombki po prostu nie przeżyje. Pełna symbioza!

Do zobaczenia w trzeźwości!

ZYGI
    

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Czy pisanie bloga może być zagrożeniem dla trzeźwości?

        
     Rozpoczynając swą wątpliwą karierę w internecie niektórzy ludzie często nie dostrzegają czyhających nań zagrożeń. Są wśród nich także osoby takie jak ja - zmagające się z własnym uzależnieniem. Publikowanie swoich tekstów lub innego rodzaju twórczości niesie za sobą chęć stania się kimś sławnym i podziwianym, a więc kimś innym – kimś bliższym indywidualnemu pojęciu ideału. Nieświadomi zaczynamy wtedy karmić własną pychę, nawet nie w pełni zdając sobie z tego sprawę. Nie! Nie! Nie zaprzeczę, że tego typu uczucia są mi obce. I ja ulegam czasem czarowi przyjemności ujrzenia siebie jako kogoś kim chciałbym być, ale niestety nie jestem. Magia jest o tyle silniejsza, im więcej kompleksów niesiemy w swoim życiowym bagażu, a zarazem im mocniej chcielibyśmy stać się kimś kim nigdy nie będziemy. Jak zatem pogodzić chęć podzielenia się swymi przemyśleniami z innymi ludźmi, nie narażając się na niebezpieczeństwo ponownego nadmuchania swojego ego?

     Wydaje mi się, że ważną rzeczą jest odpowiedzenie sobie na pytanie dlaczego chciałbym to robić? Dlaczego chcę pisać i dzielić się z kimś swoimi myślami? Po co mi to i co z tego będę miał? Dopiero odpowiedź na te pozornie proste pytania uzmysławia czy coś kryje się pod maską empatii i altruizmu. Zastanawiając się nad tymi kwestiami w pierwszej chwili odpowiedziałem sam sobie - no jak to co? Chcę pomagać innym. Chciałbym aby ci inni dowiedzieli się jak najwięcej o alkoholizmie i mogli dokonywać wyborów w oparciu o czyjeś doświadczenia, otrzymując przy tym odpowiednią wiedzę. Ale czy na pewno tak właśnie jest? A może po prostu byłoby fajnie myśleć o sobie jako o kimś dobrym i szlachetnym? Może tak naprawdę jestem tylko małą nędzną, chytrą kreaturą, która usiłuje przemycić do rzeczywistości hologram, omam, projekcję innej osoby – postaci - kogoś zupełnie innego? W związku z tym, co wobec tego świadczy o czystości intencji?

     Dziś sądzę, że prawdziwą i pełną odpowiedzią na tak postawione pytanie może być pokora. Pełne zrozumienie i uznanie własnych ograniczeń. Nie maszerowanie pod sztandarami posłania, misji albo co gorsza krucjaty przeciwko ośmielającym się mieć inne zdanie i inne poglądy, ale mówienie jasno i klarownie tego co chce się wyartykułować nie licząc przy tym na poklask i natychmiastowe nawet zrozumienie.

     Staram się nie zapominać kim jestem i w jakim momencie życia teraz się znajduję. Pomaga mi w tym kontakt z innymi uzależnionymi. Kontakt bezpośredni – rzekłbym namacalny – taki, który nawiązuje się z drugim człowiekiem patrząc mu prosto w oczy. Spoglądając w „zwierciadło duszy” spokojnie, z szacunkiem i bez lęku. Wtedy nie ma miejsca na występy przed innymi. Osoby uzależnione mają wielką umiejętność wyczuwania nieszczerości i każda próba odegrania roli jest bezwzględnie demaskowana. Między innymi temu właśnie służą mityngi. Ci, którzy chodzą wiedzą, że każda zmiana w ich zachowaniu zostanie wychwycona, często jeszcze zanim sami ją zauważą. Dlatego właśnie nie poprzestanę jedynie na pisaniu bloga i będę uczestniczył w spotkaniach grup wsparcia, ponieważ dają mi poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Ludzie w nich uczestniczący są dla mnie lustrem, w którym mogę zobaczyć swoje prawdziwe - to nieudawane oblicze. Choć istnieje na ten temat także odwrotna teoria. To o czym piszę najlepiej oddaje Thomas Merton: „Twoje wyobrażenie o mnie jest urobione z materiałów zapożyczonych od siebie i od innych. To, co o mnie myślisz, jest zależne od tego, co myślisz o sobie. Może stwarzasz swoją opinię o mnie z materiału, który radbyś wykreślić ze swego wyobrażenia o sobie. Może ona jest też odbiciem tego, co inni ludzie myślą o tobie. Możliwe również, że myślisz o mnie właśnie to samo, co ja o tobie”.

     Odpowiadając na postawione w tytule pytanie. Myślę, że samo pisanie zagrożeniem nie jest. Może nim za to być  intencja dla jakiej to robię, a co za tym idzie budowanie własnej, przesadnie nadmuchanej opinii o sobie. Uświęcenie postawy udawania pomocy innym, która przede wszystkim ma służyć dobremu samopoczuciu ją niosącego. Ale takie zagrożenia są możliwe i bez publicznego udzielania się w internecie. Czyż nigdy nie spotkaliście ludzi, którzy chcą być ważni gdziekolwiek się znajdą? Przypomnijcie sobie dobrze. W szkole, w pracy, na uczelni, mityngach, czy w dowolnie wybranym miejscu? Zasze był ktoś kto przekonywał innych, że wie najlepiej. Ktoś kto niby mówił do Was, a jednocześnie zachłystywał się własnymi słowami. Najważniejsza rzeczą zatem pozostaje umiar i dystans do tego co się robi i mówi. Powiedz to co masz do powiedzenia i nie licz na nic więcej. Oto dobra dewiza. Najpierw jednak naucz się słuchać…

     Reasumując - nie przesadzajmy z tym zagrożeniem. Niebezpieczeństwo zapicia jest znacznie większe na przykład przez niestosowanie się do zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików. Będę rad jeżeli moje słowa komuś pomogą. Nie ważcie się jednak informować mnie o tym… Nie róbcie mi tego!

Mirek