ALKOHOLICY Z DŁUGĄ ABSTYNĘCJĄ
Rozmowa z Anną Dodziuk, kierownikiem Programu Rozwoju Osobistego w Instytucie Psychologii Zdrowia i Trzeźwości Polskiego Towarzystwa Psychologicznego
* Co właściwie oznacza "długa abstynencja"? Co jest w tym szczególnego, innego niż tylko zaliczanie kolejnych rocznic zaprzestania picia?
Na początek pewna oczywistość: istotne jest, żeby to nie była sama tylko abstynencja, lecz trzeźwienie - abstynencja to statyczna cecha, zaś trzeźwienie jest procesem, który można opisać jako powrót do życia nieskażonego mechanizmami choroby alkoholowej. Co to znaczy? W jakim stopniu człowiek wyzwolił się od działania tych nałogowych mechanizmów:
- na ile wyzbył się nałogowego regulowania uczuć na rzecz ich pełnego, naturalnego przeżywania;
- czy odstąpił od fałszowania obrazu rzeczywistości i postrzega ją coraz bardziej realistycznie, wyzwalając swoje myślenie z systemu iluzji i zaprzeczania;
- jak dalece sposób jego życia przestał być podobny do tego, co robił w czasach picia, a zaczął być rozsądnie planowany i odpowiedzialny, podporządkowany ważnym dla człowieka zasadom, celom, wartościom.
Można też mówić o trzeźwieniu jako o procesie zmian w obrazie samego siebie czy też poczuciu tożsamości. Jeśli na samym początku, w fazie wymuszonej abstynencji [1] centralnym pytaniem dla trzeźwiejącej osoby było: "Czy jestem alkoholikiem?"; jeśli w fazie dominacji abstynencji zastępuje je pytanie: "Co to dla mnie znaczy, że jestem alkoholikiem?", to u osób ugruntowanych w trzeźwieniu, w fazie rozwoju zaczynają wyłaniać się odpowiedzi na pytanie: "Oprócz tego, że jestem alkoholikiem, jakim jestem czlowiekiem?" Konsekwencją pojawiania się tych odpowiedzi jest coraz większa świadomość, jakie są moje potrzeby, co mam robić w życiu, z kim i jakie utrzymywać kontakty.
Albo da się to ująć jeszcze inaczej: do pewnego momentu w trzeźwieniu centralną sprawą był alkohol. Najpierw chodziło o to, jak się przed nim obronić, później - jak żyć z chorobą. Dalej rozwój polega na nie kończącym się odkrywaniu, co oprócz trzeźwienia jest ważne w życiu i jak to realizować.
*Czy możesz wskazać jakieś kryteria, na podstawie których dałoby się stwierdzić, że człowiek rzeczywiście trzeźwieje?
- Mogę tylko podzielić się swoimi intuicjami, bo badań czy choćby porządnych opracowań opartych o praktykę kliniczną lub teorię - o ile wiem - nie ma. Już 11 lat pracuję z trzeźwiejącymi alkoholikami z dość długą abstynencją: prowadzę zajęcia terapeutyczno-szkoleniowe w Programie Rozwoju Osobistego (PRO, dawniej SPP nieprofesjonalne) w Instytucie Psychologii Zdrowia i Trzeźwości. Są to cykle treningowe dla alkoholików i ich bliskich, wymagana minimalna abstynencja wynosi półtora roku, ale ze względu na długi czas czekiwania prawie nie ma wśród naszych kursantów osób niepijących krócej niż trzy lata.
Członkowie zespołu, z którym pracuję, i ja sama mamy mnóstwo doświadczeń, a na ich podstawie oczywiście również jakieś własne pomysły, po czym można poznać "stopień otrzeźwienia" danej osoby. Mogę podzielić się tymi ugruntowanymi w obserwacjach przypuszczeniami.
Pierwszym z takich mierników jest po prostu zadowolenie z życia, jednak takie, które uwzględnia realia. Człowiek realistycznie zadowolony z życia nie oczekuje ciągłej euforii czy nieustającego szczęścia, tylko spodziewa się, że życie w bilansie przyniesie mu więcej satysfakcji niż przykrości i kłopotów, a gdyby się one pojawiły, jest nastawiony na ich aktywne rozwiązywanie i ma poczucie, że sobie z nimi poradzi.
Inna ważna sprawa to praca zawodowa. Przy czym chodzi nie tylko o sam powrót do niej oraz odzyskanie szacunku i zaufania w środowisku pracy, ale przede wszystkim o aktywny stosunek do tej sfery życia, o kształtowanie swojego rozwoju zawodowego. Z tym wiąże się oczywiście sprawa wykształcenia: wśród osób z długą abstynencją jest mnóstwo takich, które kiedyś przepiły swoją szansę na ukończenie średniej szkoły czy uczelni, a teraz postanowiły zdobyć maturę albo dyplom.
Trzeba zwrócić uwagę, że część tych ludzi zaczyna używać pracy czy też sukcesu zawodowego i finansowego w taki sam nałogowy sposób jak alkoholu. Łatwiej tu o racjonalizacje: że jest to odbudowywanie swojego życia, nadrabianie strat, zadośćuczynienie rodzinie. Ale z zewnątrz dobrze widać, że pracoholizm czy obsesyjne robienie interesów służy zagłuszaniu różnych problemów osobistych. To jest raczej potwierdzenie, że alkoholik nie trzeźwieje - popadanie w inne nałogi dowodzi, jak silnie nadal działają mechanizmy uzależnienia.
Cały obszar zmian świadczących o postępach trzeźwienia to życie rodzinne, przy czym ten proces inaczej wygląda w relacji z najbliższą osobą, a inaczej z dziećmi. Trzeba dużych wysiłków i długiego czasu, żeby wspólne życie przestało być zdominowane przez wstyd, winę i poczucie krzywdy. Inaczej mówiąc, trzeźwienie w rodzinie oznacza, że problem przeproszenia za przeszłość i zadośćuczynienia został jakoś przez małżonków rozwiązany.
W relacji z dziećmi ważne jest również uporanie się z poczuciem winy oraz nabycie zdolności rozróżniania, co jest efektem alkoholowej przeszłości, a co zwyczajnym rodzicielskim kłopotem czy cechą danej fazy rozwoju dziecka. Najkrócej można powiedzieć, że o zaawansowanym trzeźwieniu świadczy taki układ rodzinny, w którym jego członkowie siebie nawzajem widzą, słyszą i wspierają.
O powracaniu do zdrowia świadczą też kontakty z innymi ludźmi. Bywa tak, że dość długo ich jest bardzo mało, że są ograniczone do środowiska abstynenckiego. Niepokoi mnie, kiedy słyszę, że ktoś nie pije na przykład dwa lata i ma kolegów tylko z klubu. Ta sytuacja dla alkoholika o krótkiej abstynencji jest bardzo dobra, bo chroni przed powrotem do towarzystwa, z którym się piło. Natomiast kiedy takie podstawowe zagrożenia stają się mniej istotne, ograniczanie się do środowiska abstyneckiego grozi przebywaniem w swego rodzaju getcie, zamykaniem się w sztucznym, iluzorycznym świecie, żeby uniknąć konfrontowania się ze swoimi trudnościami w byciu z ludźmi.
W żadnym wypadku nie chcę twierdzić, że objawem zdrowienia jest zaprzestanie kontaktów ze środowiskiem trzeźwościowym. Przeciwnie, ich całkowity zanik rokuje źle. Niemniej osoby zaawansowane w trzeźwieniu powiadają, że mają - oprócz alkoholików - również przyjaciół dobranych na innej zasadzie, na przykład wspólnych zainteresowań czy sąsiedztwa.
Nie można też nie wspomnieć o życiu duchowym: przychodzi taki czas w trzeźwieniu, kiedy znacznie głębiej niż dotąd zaczynają być traktowane pytania o sens życia, hierarchią wartości czy nadrzędne cele i kiedy z odpowiedzi na te pytania wynikają zmiany praktyki życiowej. Mam wrażenie, że osoby, które odnalazły jakiś rodzaj transcendencji, coś, co jest większe od nich samych, z czym odbudowały łączność i harmonię - takie osoby wchodzą w nowy etap trzeźwienia.
* Czy alkoholicy z długą abstynencją mają jakieś wspólne, charakterystyczne cechy ?
- Mogłabym odpowiedzieć: każdy człowiek jest inny, każdy alkoholik jest inny, każdy trzeźwiejący alkoholik z długą abstynencją to osobny świat. Ale sama jestem ciekawa odpowiedzi na takie pytanie. Chętnie dołączyłabym do zespołu, który na poważnie zająłby się tworzeniem narzędzia do pomiaru postępów w trzeźwieniu. Takich, które mogłyby służyć do badań nad określonymi grupami osób uzależnionych i pomóc w rozstrzygnięciu wątpliwości, o które spieramy się od lat, na przykład czy można trzeźwieć wyłącznie w oparciu o klub, bez terapii i AA. Czy różnego rodzaju oferty czątkowe dla osób z dłuższą abstynencją, powiedzmy trening asertywności lub trening radzenia sobie ze stresem, przydają trzeźwości ich uczestnikom? Czy osoby uzależnione zawodowo pomagające innym idą do przodu, czy też cofają się w trzeźwieniu i od czego to zależy?
Marzę o tym, żeby w odpowiedzi na wiele podobnych pytań, nieraz o bardzo praktycznym znaczeniu, można było oprzeć się o coś więcej niż tylko własne przekonanie. Może zebrać praktyków leczenia odwykowego i w oparciu o to, co uważają za dobre wskaźniki postępów w trzeźwieniu, ułożyć jakiś kwestionariusz? Może skorzystać z przykładu pioniera badań nad alkohoholizmem, E.M.Jellinka [2], który swoją koncepcję popadania w uzależnienie oparł o badanie historii około dwóch tysięcy alkoholików? Nie zostało nigdy zrobione podobne przedsięwzięcie dla trzeźwienia, a szkoda, bo czasami mnie samą żenuje nasza niewiedza, zwłaszcza w porównaniu z tym, jak dużo już wiemy o czynnych alkoholikach.
* A ilu właściwie jest w Polsce alkoholików z abstynencją dłuższą niż dwa, pięć, dziesięć lat?
- Nie sposób ich policzyć, nie ma takich statystyk ani badań. Mamy w Polsce ponad 100 tysięcy byłych pacjentów lecznictwa odwykowego, więc osoby z dłuższą abstynencją muszą już - wobec rosnącej skuteczności leczenia uzależnień - tworzyć grupę kilkudziesięciotysięczną. A przecież jeszcze dziesięć lat temu alkoholik, który nie pije dwa lata, był wyjątkowym zjawiskiem. Od tamtego czasu osób uzależnionych, trzeźwiejących od kilku lat, jest coraz więcej i nie dziwi już nawet oświadczenie o piętnastoletniej abstynencji. Ci ludzie mają zupełnie inne potrzeby i wymagania niż na początku drogi: domagają się psychoterapii, szkoleń dzięki którym będą lepiej pomagać, warsztatów uczących specyficznych umiejętności trzeźwego życia.
Te wymagania są kierowane do nas, profesjonalistów - na szczęście coraz więcej terapeutów odwykowych uczy się na nie odpowiadać. Pamiętam, jak dawniej profesjonaliści trafiający na Studium Pomocy Psychologicznej w rozpaczy pytali: "Co mamy robić dalej?", bo spotykali pierwszych w swoim życiu alkoholików, którzy dotrwali do drugiego czy trzeciego roku niepicia, i nie mieli im nic do zaproponowania. Teraz są to już zupełnie inne pytania: kiedy można robić trening małżeńskiej komunikacji, jaka część pracy nad poczuciem winy powinna znaleźć się w terapii podstawowej, a jaka ma być odłożona na później. Można powiedzieć, że profesjonalna opieka nad bardziej zaawansowanym trzeźwieniem dojrzewa wraz ze wzrostem ilości alkoholików, którzy osiągają tę fazę.
* Czy to w ogóle ma jakieś znaczenie, ile ktoś ma lat abstynencji: trzy, pięć czy dwanaście? Czy czas, jaki upłynął od zaprzestania picia, jest ważny?
Tak, choćby dlatego, że w miarę upływu kolejnych lat zdobywa się doświadczenie, które zmniejsza zagrożenie powrotu do picia i wzbogaca umiejętności zdrowego życia. Zwłaszcza teraz, kiedy życie środowisk trzeźwościowych w Polsce jest nasycone różnymi wartościowymi propozycjami rozwoju osobistego: oprócz rosnącego w siłę ruchu AA jest mnóstwo rozmaitych obozów terapeutycznych, treningów i warsztatów już to asertywności, już to pracy nad złością czy rozwiązywania problemów albo zwyczajnego relaksu.
Osoby nie pijące w samotności "w zaparte" należą już dzisiaj do rzadkości, a przebywanie w środowisku, zwłaszcza tak dynamicznym jak abstynenckie, sprzyja postępom w trzeźwieniu. W takim gronie pojawiają się rozmaite mody i - chociaż czasem narzekamy, że są powierzchowne - na ogół upowszechniają się dzięki nim bardzo zdrowe pomysły. Na przykład ci, którzy byli na rekolekcjach w Zakroczymiu, mówią o tym z pewnym odcieniem wyższości: nie wypada tam nie pojechać, kiedy ma się już za sobą ileś lat abstynencji. I okazuje się - choć niekiedy jest to pójście za modą - że ze znanych mi trzeźwiejących alkoholików, którzy wybrali się tam, 90% przeżyło w Zakroczymiu głęboki przełom. Inny przykład: teraz jest moda na to, żeby wszyscy uczesniczyli w warsztatach na temat złości i w treningu interpersonalnym. I bardzo dobrze, że tak się dzieje.
Przyglądam się dziesiątkom tych, którzy co roku trafiają na Program Rozwoju Osobistego, i odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym rocznikiem coraz krótsza abstynencja jest potrzebna do tego, żeby osiągnąć określony stopień trzeźwości. Osoby po dobrych ośrodkach odwykowych - na przykład po Łukowie, Zabłotach, Stanominie - po dwóch latach abstynencji dałyby się porównać pod względem realizmu w myśleniu czy radzenia sobie w sytuacjach emocjonalnie trudnych z dawnymi pięcio- siedmiolatkami.
* Czy wobec tego na dalszych etapach trzeźwienia potrzebny jest trening zapobiegania nawrotom?
- Uważam, że systematyczne powtarzanie treningu zapobiegania nawrotom jest potrzebne każdemu alkoholikowi, ponieważ na różnych etapach trzeźwienia zmaga się on z innymi problemami. A co za tym idzie, zmieniają się "wyzwalacze", sygnały ostrzegawcze i powinny się zmieniać sposoby zapobiegania. Nie jest więc tak, że człowiek ma wrócić do zapobiegania nawrotom, bo jest opóźniony czy niedouczony, lecz dlatego, że zmienia się jego sytuacja wewnętrzna i zewnętrzna.
* Z czym Ci się kojarzy określenie "szczęśliwy alkoholik"?
- Lubię to pytanie, bo podważa pewien ważny stereotyp: że trzeźwienie jest procesem jednoznacznie pozytywnym. Paradoksalnie więc skłania mnie ono do myślenia raczej o rafach i kryzysach. Jeden z nich - zwany przez Guya Kettelhacka [3] "kryzysem trzeciego roku trzeźwości" - pojawia się, gdy abstynencja przestaje przesłaniać całą resztę życia. Okazuje się wówczas, że samo "nie piję" to za mało: brakuje ważnych życiowych drogowskazów, nie ma wystarczająco atrakcyjnych celów ani żadnego alternatywnego środowiska poza abstynenckim.
Zaczyna się wtedy uporczywie pojawiać pytanie: "Właściwie po co mi ta trzeźwość?" Często słyszy się od alkoholików w tej fazie, że są smutni, przygnębienie, nie bardzo mogą sobie znaleźć miejsce w życiu. W porównaniu z pojawiającą się w początkach trzeźwienia depresją związaną z rozstaniem z piciem - ta depresja nie ma wyraźnych związków z alkoholem i przez to bywa bardziej dotkliwa. Osoby, które jej doświadczają, są kompletnie zdezorientowane i pogubione, nie widzą żadnej drogi wyjścia.
Czują się też oszukane, bo miało być coraz lepiej, a jest coraz gorzej. W dodatku często nie rozumieją i nie akceptują ich stanu ani terapeuci, ani rodziny. Bo stereotyp jest taki: "Nie pije - to dobrze, powinien się cieszyć". Tymczasem taki kryzys jest nieunikniony i oznacza przejście na nowy etap trzeźwienia, wymagający poważnego wysiłku, skoro trzeba na nowo podjąć trud zbudowania swego życia już nie tylko bez alkoholu, ale i niezależnie od niego. To długi, ale niosący z sobą wiele satysfakcji proces odnajdywania czy odzyskiwania siebie. Myślę, że - niezależnie od tego, czy jest się alkoholikiem, czy nie - podążanie taką drogą jest szczęściem. Paradoksalnie alkoholików choroba i powrót do zdrowia zmusza do tego szczególnie często.
Wiara ma to do siebie, Że jeszcze po zniknięciu Nie przestaje działać. Ernest Reman
środa, 21 marca 2012
poniedziałek, 12 marca 2012
WIOSENNE PORZĄDKI W EMOCJACH – POKOCHAJ SIEBIE!
Sztuka pokochania siebie polega na zaakceptowaniu siebie ze swoimi brakami i niedociągnięciami. Zdrowa miłość do samego siebie jest pierwszym krokiem do prawdziwego i szczerego kochania innych ludzi.
„W systemie wartości człowieka nie ma nic ważniejszego – bardziej decydującego o jego rozwoju psychicznym, duchowym i emocjonalnym – niż szacunek i miłość, którymi darzy on samego siebie” (Nathaniel Branden)
HISTORIA O FILIŻANKACH
Wyobraźmy sobie, że poczucie własnej wartości jest ładną filiżanką. Kiedy jesteśmy z siebie zadowoleni, nasza filiżanka jest pełna, a kiedy nie lubimy siebie – prawie pusta. Naszą filiżankę napełniają inni ludzie, gdy mówią o nas dobrze.
Jeśli nasza filiżanka jest prawie pusta, nie możemy się z nikim podzielić jej zawartością. Filiżanki innych ludzi opróżniają się, kiedy mówimy im złe i bolesne rzeczy. Jeśli będziemy ciągle opróżniać filiżanki innych, nasze własne też nie będą się napełniały. Jeśli natomiast będziemy się kochali, będziemy pewni siebie, wówczas napełnimy swoją i innych filiżankę wyrozumiałością, życzliwością i szacunkiem.
POKOCHAJ SIEBIE!
Osoby, którym czytam opowieść o filiżankach i sugeruję, aby spróbowali pokochać siebie, początkowo obruszają się i mówią: „Jak mam kochać samego siebie? To niemożliwe. To egoizm i zarozumialstwo. To coś niezdrowego, kochać można tylko innych, a nie siebie”.
A dlaczego nie można kochać siebie? Czy jesteśmy gorsi od innych ludzi? Nie zasługujemy na miłość i szacunek w oczach samych siebie? Jak możemy kochać innych skoro sami siebie nie darzymy miłością?
„Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12,28-34). Kto z nas nie zna tej sentencji? Powtarzamy to często, ale rzadko zastanawiamy się nad sensem tych słów. Miłowanie siebie to podstawa zdrowia psychicznego, rozwoju duchowości i relacji z innymi ludźmi. Powinniśmy kochać innych równie mocno jak siebie. Jeżeli bowiem nie potrafimy kochać samych siebie, to jakże możemy kochać innych?
Izabela Kielczyk
wtorek, 28 lutego 2012
TERAPIA POGŁĘBIONA UZALEŻNIENIA - CZYM JEST I CZEMU SŁUŻY?
Po ukończeniu podstawowego programu terapii uzależnień, zdrowiejąca osoba uzależniona potrafi już dość dobrze radzić sobie w stresowych sytuacjach, bez konieczności sięgania po alkohol, hazard, narkotyki czy leki. Zna podstawy "instrukcji obsługi" swojej choroby, ale ciągle jeszcze życie na trzeźwo jest dla niej trudne.
Szczególne rozterki przeżywają osoby, które przebywały na leczeniu szpitalnym - wracają do rodziny, pustego domu albo schroniska. Często są to miejsca kojarzące się z piciem. Wracają na przykład do pracy, gdzie koledzy cieszą się z powrotu "tego, co za kołnierz nie wylewał" i proponują wspólne picie. Wracają do swoich codziennych obowiązków, które za wszelką cenę starają się wypełniać jak najlepiej - przecież podjęły decyzję o zmianie w swoim życiu, wraz z trzeźwością starają się zostać "lepszymi ludźmi". Te wszystkie sytuacje są trudne i często ciężko się w nich odnaleźć, wytrzymać na trzeźwo i nie sięgnąć po nałogowe sposoby poprawiania humoru.
Intensywne szpitalne leczenie podstawowe daje bardzo wiele, ale po wyjściu wiele osób orientuje się, że co prawda sporo wiedzą, ale z zastosowaniem nabytych umiejętności w życiu codziennym bywa gorzej... Bo terapeuta wprawdzie mówił, co robić w trudnej sytuacji, ale zginęły notatki. Bo na oddziale wyglądało na to, że wszyscy się ucieszą, gdy "ozdrowieniec" wróci do domu - ucieszyli się, a owszem, ale czekają też cieknące krany i sto tysięcy problemów... Bo komornik ściga za długi, bo szef chce zostawania po godzinach pracy... Trzeźwiejącej osobie uzależnionej zaczyna brakować cierpliwości, siły i czasu, aby temu sprostać. Wtedy szczególnie łatwo jest wrócić do wcześniejszych sposobów radzenia sobie - picia alkoholu, gry hazardowej, brania narkotyków czy leków.
Metodą na przezwyciężenie tych trudności może być terapia pogłębiona, która pomaga w zachowaniu kontaktu z innymi trzeźwiejącymi. Można dowiedzieć się od bardziej "zaawansowanych" w grupie osób, jak radziły sobie w początkowych etapach z podobnymi problemami. To ważne wsparcie - kontakt z innymi, którzy przeszli przez podobne sytuacje i nie napili się, przetrwali kryzys.
Istotne jest również stałe i regularne uczestnictwo w zajęciach - jest to cotygodniowa możliwość podzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami, wątpliwościami oraz sukcesami w trzeźwieniu.
Co się robi w terapii pogłębionej, czyli co mi to da?
Zajęcia są grupowe, zwykle przez kilka spotkań omawiane jest jedno zagadnienie, są krótkie wykłady oraz ćwiczenia w podgrupach. Tematy pracy są dostosowane do tego, co sprawia trudności trzeźwiejącemu uzależnionemu, ale obejmują także umiejętności przydatne w codziennym życiu każdemu:
◦ćwiczenie asertywnych zachowań - zarówno w sytuacjach związanych z alkoholem, jak i w innych trudnych momentach,
◦komunikacja międzyludzka, zarówno w domu jak i w pracy, w kontaktach ze starymi i nowymi znajomymi,
◦rozpoznawanie swoich oczekiwań wobec innych i innych wobec siebie oraz czy są one możliwe do spełnienia,
◦zapobieganie nawrotom choroby, coraz skuteczniejsze radzenie sobie z chęcią sięgnięcia po "stare sposoby",
◦poszerzanie wiedzy o swojej chorobie i sposobach walki z nią - ciąg dalszy tego, czego uczestnicy dowiedzieli się na wcześniejszych etapach terapii,
◦odkrywanie bogactwa uczuć, jakie do tej pory rozmywały się gdzieś między "dobrze" i "niedobrze",
◦oswajanie "ryczącego w środku lwa" lub ośmielanie "pokornej owieczki" - czyli techniki radzenia sobie ze złością
◦odkrywanie tego, co jest ważne i co warto realizować w swoim życiu.
Oprócz programu terapeutycznego i korzyści związanych z pracą nad nim oraz poszerzeniem wiedzy psychologicznej, niewątpliwym plusem są nawiązane znajomości, wsparcie, kontakty oraz przepływ informacji między uczestnikami - o ciekawych mityngach AA, wyjazdach, nowych klubach abstynenta, imprezach bez alkoholu.
Terapia pogłębiona obejmuje spotkania grupowe (w większości poradni raz w tygodniu przez rok) oraz spotkania indywidualne z terapeutą, które dają możliwość dokładniejszego przyjrzenia się swoim problemom, zmiany niektórych przyzwyczajeń na zdrowsze. Warunkiem przyjęcia do tego etapu terapii jest ukończenie podstawowego etapu terapii uzależnień (w poradni, przychodni, na oddziale całodobowym lub dziennym).
Autor: Paulina Chocholska
Szczególne rozterki przeżywają osoby, które przebywały na leczeniu szpitalnym - wracają do rodziny, pustego domu albo schroniska. Często są to miejsca kojarzące się z piciem. Wracają na przykład do pracy, gdzie koledzy cieszą się z powrotu "tego, co za kołnierz nie wylewał" i proponują wspólne picie. Wracają do swoich codziennych obowiązków, które za wszelką cenę starają się wypełniać jak najlepiej - przecież podjęły decyzję o zmianie w swoim życiu, wraz z trzeźwością starają się zostać "lepszymi ludźmi". Te wszystkie sytuacje są trudne i często ciężko się w nich odnaleźć, wytrzymać na trzeźwo i nie sięgnąć po nałogowe sposoby poprawiania humoru.
Intensywne szpitalne leczenie podstawowe daje bardzo wiele, ale po wyjściu wiele osób orientuje się, że co prawda sporo wiedzą, ale z zastosowaniem nabytych umiejętności w życiu codziennym bywa gorzej... Bo terapeuta wprawdzie mówił, co robić w trudnej sytuacji, ale zginęły notatki. Bo na oddziale wyglądało na to, że wszyscy się ucieszą, gdy "ozdrowieniec" wróci do domu - ucieszyli się, a owszem, ale czekają też cieknące krany i sto tysięcy problemów... Bo komornik ściga za długi, bo szef chce zostawania po godzinach pracy... Trzeźwiejącej osobie uzależnionej zaczyna brakować cierpliwości, siły i czasu, aby temu sprostać. Wtedy szczególnie łatwo jest wrócić do wcześniejszych sposobów radzenia sobie - picia alkoholu, gry hazardowej, brania narkotyków czy leków.
Metodą na przezwyciężenie tych trudności może być terapia pogłębiona, która pomaga w zachowaniu kontaktu z innymi trzeźwiejącymi. Można dowiedzieć się od bardziej "zaawansowanych" w grupie osób, jak radziły sobie w początkowych etapach z podobnymi problemami. To ważne wsparcie - kontakt z innymi, którzy przeszli przez podobne sytuacje i nie napili się, przetrwali kryzys.
Istotne jest również stałe i regularne uczestnictwo w zajęciach - jest to cotygodniowa możliwość podzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami, wątpliwościami oraz sukcesami w trzeźwieniu.
Co się robi w terapii pogłębionej, czyli co mi to da?
Zajęcia są grupowe, zwykle przez kilka spotkań omawiane jest jedno zagadnienie, są krótkie wykłady oraz ćwiczenia w podgrupach. Tematy pracy są dostosowane do tego, co sprawia trudności trzeźwiejącemu uzależnionemu, ale obejmują także umiejętności przydatne w codziennym życiu każdemu:
◦ćwiczenie asertywnych zachowań - zarówno w sytuacjach związanych z alkoholem, jak i w innych trudnych momentach,
◦komunikacja międzyludzka, zarówno w domu jak i w pracy, w kontaktach ze starymi i nowymi znajomymi,
◦rozpoznawanie swoich oczekiwań wobec innych i innych wobec siebie oraz czy są one możliwe do spełnienia,
◦zapobieganie nawrotom choroby, coraz skuteczniejsze radzenie sobie z chęcią sięgnięcia po "stare sposoby",
◦poszerzanie wiedzy o swojej chorobie i sposobach walki z nią - ciąg dalszy tego, czego uczestnicy dowiedzieli się na wcześniejszych etapach terapii,
◦odkrywanie bogactwa uczuć, jakie do tej pory rozmywały się gdzieś między "dobrze" i "niedobrze",
◦oswajanie "ryczącego w środku lwa" lub ośmielanie "pokornej owieczki" - czyli techniki radzenia sobie ze złością
◦odkrywanie tego, co jest ważne i co warto realizować w swoim życiu.
Oprócz programu terapeutycznego i korzyści związanych z pracą nad nim oraz poszerzeniem wiedzy psychologicznej, niewątpliwym plusem są nawiązane znajomości, wsparcie, kontakty oraz przepływ informacji między uczestnikami - o ciekawych mityngach AA, wyjazdach, nowych klubach abstynenta, imprezach bez alkoholu.
Terapia pogłębiona obejmuje spotkania grupowe (w większości poradni raz w tygodniu przez rok) oraz spotkania indywidualne z terapeutą, które dają możliwość dokładniejszego przyjrzenia się swoim problemom, zmiany niektórych przyzwyczajeń na zdrowsze. Warunkiem przyjęcia do tego etapu terapii jest ukończenie podstawowego etapu terapii uzależnień (w poradni, przychodni, na oddziale całodobowym lub dziennym).
Autor: Paulina Chocholska
środa, 15 lutego 2012
" TRZEŹWIENIE CZY ABSTYNĘCJA ? "
Jestem osobą współuzależnioną. Mój mąż nie pije od lat 11. Jest, jak to ja nazywam, "zapalonym aaowcem”. Mitingi dwa razy w tygodniu, służba rzecznika, jeździ do aresztów na mitingi, w które, aby się odbywały, włożył wiele wysiłku. Po prostu wzór trzeźwiejącego alkoholika. Jest tylko jedno "ale" - relacje w rodzinie. Bywa agresywny wobec mnie i naszej dorosłej już córki.
Gdy tylko coś "nie idzie po Jego myśli krzyczy nie przebierając w słowach. Potrafi powiedzieć do córki, że ma "oblezłą gębę" (nawet kiedyś położył Jej taką karteczkę z tym napisem na biurku). Ostatnio powiedział, że "jest poryta" (a chciała po prostu wyłączyć ruter i włączyć za chwile, bo nie działał w Jej laptopie internet, a że mąż też pracował na laptopie, to go po prostu o tym poinformowała.. i taką dostała odpowiedź). Sytuacji takich jest mnóstwo. Jak jest zły, to potrafi do mnie powiedzieć -"mam nadzieje, że szybko zdechniesz" albo "mam nadzieję, że wjedziesz pod jakiegoś tira, albo że jestem głupia lub inne epitety, których wstydzę się pisać. Z biegiem czasu uodporniłam się na takie hasła, gorzej jest z córką. Mam wrazenie, że mój mąż zatrzymał się emocjonalnie na latach wczesnej młodości. Traktuje córkę jak małe dziecko (dziewczyna ma 25 lat ), dołuje Ją, kpiąc, że jaki tam z Niej inżynier (za 2 miesiące będzie magistrem, a inżynierem już jest).
Chodzę na Al-anon od kilku lat i pewnie dlatego żyje mi się lżej. Próbowałam rozmawiać z mężem, ale On twierdzi, że nie ma czasu. Próbowałam namówić Go na wspólną terapię u psychologa, na wizytę u seksuologa (ta sfera nie istnieje od 3 lat a gdy już istniała, to było po prostu kiepsko) i nic. Po prostu NIC. Nigdzie nie chce pójść. Czytam mnóstwo literatury. Przez około 3 lata miałam kontakt terapeutyczny z alkoholikem trzeźwiejącym od ponad 20 lat – to terapeuta. Nawet udało się namówić mojego męża na kilka spotkań, ale to nic nie dało, bo mój mąż czuł się kimś lepszym ode mnie w tej terapii (to słowa terapeuty). Gdy terapeuta zwracał uwagę, że pewne rzeczy robi źle i że trzeba nad tym popracować, to był po prostu zły i mówił, że chcemy go zmieniać. To cały czas ja mam się zmieniać - tak twierdzi mąż. Myślę, że zrobiłam wiele dobrych rzeczy, staram się przekładać program Al-anon na dom. Odpuściłam już wiele rzeczy, ale żyje mi się dalej źle. Co mogę jeszcze zrobić? Wiem, że podstawą jest rozmowa, ale nie ma takiej siły, która by spowodowała, że mąż będzie rozmawiał. Próbowałam już wszystkiego. Pisałam listy, maile. Mówi, że wyrzuca to i wcale tego nie czyta. Mówi, że "ma w dupie to, co ja czuję, myślę i co chcę powiedzieć". Próbuję powiedzieć, że tak naprawdę to my się nie znamy. Mąż pił kilkanaście lat. Wszystko kręciło się wokół niego i alkoholu, a ten czas trzeźwienia to właśnie czas, w którym powinniśmy poznawać siebie, po prostu uczyć się siebie nawzajem.
Dla całego otoczenia on jest wzorem męża, ojca, wzorem trzeźwiejącego alkoholika. Co ja jeszcze mogę zrobić? Dodam, że mąż miał oboje rodziców alkoholików - nie żyją już. Szczególnie matka dopuściła się wobec Niego strasznych rzeczy (gdy był dzieckiem, wyrzucała Go z domu, głodziła, sypiała na Jego oczach z mężczyznami itp.). Czasami mam wrazenie, że tą nienawiść do matki przelał na mnie i na naszą córkę.
Gdy tylko coś "nie idzie po Jego myśli krzyczy nie przebierając w słowach. Potrafi powiedzieć do córki, że ma "oblezłą gębę" (nawet kiedyś położył Jej taką karteczkę z tym napisem na biurku). Ostatnio powiedział, że "jest poryta" (a chciała po prostu wyłączyć ruter i włączyć za chwile, bo nie działał w Jej laptopie internet, a że mąż też pracował na laptopie, to go po prostu o tym poinformowała.. i taką dostała odpowiedź). Sytuacji takich jest mnóstwo. Jak jest zły, to potrafi do mnie powiedzieć -"mam nadzieje, że szybko zdechniesz" albo "mam nadzieję, że wjedziesz pod jakiegoś tira, albo że jestem głupia lub inne epitety, których wstydzę się pisać. Z biegiem czasu uodporniłam się na takie hasła, gorzej jest z córką. Mam wrazenie, że mój mąż zatrzymał się emocjonalnie na latach wczesnej młodości. Traktuje córkę jak małe dziecko (dziewczyna ma 25 lat ), dołuje Ją, kpiąc, że jaki tam z Niej inżynier (za 2 miesiące będzie magistrem, a inżynierem już jest).
Chodzę na Al-anon od kilku lat i pewnie dlatego żyje mi się lżej. Próbowałam rozmawiać z mężem, ale On twierdzi, że nie ma czasu. Próbowałam namówić Go na wspólną terapię u psychologa, na wizytę u seksuologa (ta sfera nie istnieje od 3 lat a gdy już istniała, to było po prostu kiepsko) i nic. Po prostu NIC. Nigdzie nie chce pójść. Czytam mnóstwo literatury. Przez około 3 lata miałam kontakt terapeutyczny z alkoholikem trzeźwiejącym od ponad 20 lat – to terapeuta. Nawet udało się namówić mojego męża na kilka spotkań, ale to nic nie dało, bo mój mąż czuł się kimś lepszym ode mnie w tej terapii (to słowa terapeuty). Gdy terapeuta zwracał uwagę, że pewne rzeczy robi źle i że trzeba nad tym popracować, to był po prostu zły i mówił, że chcemy go zmieniać. To cały czas ja mam się zmieniać - tak twierdzi mąż. Myślę, że zrobiłam wiele dobrych rzeczy, staram się przekładać program Al-anon na dom. Odpuściłam już wiele rzeczy, ale żyje mi się dalej źle. Co mogę jeszcze zrobić? Wiem, że podstawą jest rozmowa, ale nie ma takiej siły, która by spowodowała, że mąż będzie rozmawiał. Próbowałam już wszystkiego. Pisałam listy, maile. Mówi, że wyrzuca to i wcale tego nie czyta. Mówi, że "ma w dupie to, co ja czuję, myślę i co chcę powiedzieć". Próbuję powiedzieć, że tak naprawdę to my się nie znamy. Mąż pił kilkanaście lat. Wszystko kręciło się wokół niego i alkoholu, a ten czas trzeźwienia to właśnie czas, w którym powinniśmy poznawać siebie, po prostu uczyć się siebie nawzajem.
Dla całego otoczenia on jest wzorem męża, ojca, wzorem trzeźwiejącego alkoholika. Co ja jeszcze mogę zrobić? Dodam, że mąż miał oboje rodziców alkoholików - nie żyją już. Szczególnie matka dopuściła się wobec Niego strasznych rzeczy (gdy był dzieckiem, wyrzucała Go z domu, głodziła, sypiała na Jego oczach z mężczyznami itp.). Czasami mam wrazenie, że tą nienawiść do matki przelał na mnie i na naszą córkę.
wtorek, 14 lutego 2012
" AKCEPTACJA "
Akceptacja to nowe słowo, niezwykle ważne zarówno gdy chodzi o miłość jak i o psychologię komunikacji. Dosłownie: „akceptować" znaczy zgadzać się na to, co akceptuję. Pokrewne słowo „aprobata" wyraża więcej, a mianowicie pochwałę, uznanie. W codzienności często zaciera się różnica między tymi słowami.
Wtedy akceptacji przypisujemy także uznanie. Tymczasem mogę akceptować także i to, co nie koniecznie zasługuje na uznanie czy pochwałę. Akceptować znaczy głównie przyjąć, pozwolić być (przedmiotom lub człowiekowi) takim, jakim jest aktualnie i w ogóle. Tak rozumiana akceptacja jest akceptacją bezwarunkową. Tak akceptują swoje dzieci rodzice, tak akceptuje się przyjaciół.
Inny charakter ma akceptacja, która stawia jakby warunki: „akceptuję cię, jeżeli...". To akceptacja warunkowa. Dziecko spotyka się z nią najpóźniej w szkole ze strony nauczyciela: „akceptuję cię, gdy będziesz spokojnie siedział w ławce, uważał na lekcji i odrabiał zadania domowe." Podobnie w całym życiu społecznym: otrzymuję akceptację, gdy zachowuję normy obowiązujące w społeczności, płacę podatki i nie naruszam uprawnień współobywateli. Akceptacja warunkowa cechuje relacje w układach hierarchicznej nierówności, takich jak nauczyciel - uczeń, zwierzchnik - podwładny, pracodawca - pracownik, czasem także urzędnik - petent itp.
Akceptacja jest przedpolem miłości bliźniego i siebie samego, a także warunkiem dobrej komunikacji. Akceptować siebie i drugiego człowieka to znaczy praktycznie, pozwalać sobie i jemu być, jakim jest, ze wszystkim co stanowi jego wyposażenie a także bagaż psychiczny, a więc uzdolnienia, zalety i wady, własne i jego dokonania i nie-dokonania, sukcesy życiowe i porażki, zasługi i przewiny. W aktualnej teraźniejszości dotyczy to także nastroju uczuciowego: pogody ducha, ale też posępnego zniechęcenia. Dopiero na gruncie takiej bezwarunkowej akceptacji może rozwinąć się dobra komunikacja przede wszystkim z sobą, a także zrodzić miłość do bliźniego. Taka zdolność do akceptacji bezwarunkowej nie powstaje łatwo, wymaga bowiem wcześniejszego doznania takiej akceptacji od innych, z zewnątrz. Większość ludzi doznała jej we wczesnym dzieciństwie, wraz z miłością rodziców i dzięki niej dokonała także akceptacji siebie samych, a to dopiero sprawia, że potrafią także obdarować swoją akceptacją innych ludzi. W tym miejscu takie funkcjonowanie u nas alkoholików zostało zachwiane. Droga rozwoju zdolności do akceptacji przebiega więc od zewnątrz do wnętrza życia psychicznego, by z kolei stać się zdolnością okazywania akceptacji na zewnątrz.
Trudniej, gdy komuś poskąpiono akceptacji bezwarunkowej na początku życia, gdy stale napotykał na stawiane mu trudne do spełnienia warunki, gdy musiał na akceptację zasługiwać, a przez to także miał trudności z zaakceptowaniem siebie, ustawicznie wewnętrznie i sobie samemu stawiając warunki. Takiemu człowiekowi trudno przychodzi rezygnować ze stawiania warunków także innym ludziom - wydaje mu się, że może akceptować tylko tych, którzy te warunki spełniają. Taka postawa bardzo utrudnia rozwój pozytywnych relacji międzyludzkich, więzi rodzinnych i wspólnotowych.
Ważne jest, by zdać sobie sprawę z własnej postawy: czy akceptuje siebie bezwarunkowo, czy był taką akceptacją obdarowany i czy potrafi pozwolić innym i sobie być takimi, jakimi są, bez wewnętrznego stawiania im wymagań i czy od ich wypełnienia uzależnia swoją dla nich akceptację.
Zakres akceptacji obejmuje całego człowieka - a więc jego cielesność, granice jego możliwości, jednocześnie jego zdolność do działania, zdolność dokonywania przez niego wyborów a także jego odrębność (inność) i więzi uczuciowe z innymi ludźmi. Tylko taka akceptacja, która obejmuje wszystkie te elementy przeżywana bywa jako pełna. Wyłączenie z akceptacji jakiegokolwiek elementu bywa odbierane jako brak akceptacji. Jest w nas jakiś dodatkowy zmysł, specjalnie nastawiony na odbiór akceptacji. Bardzo szybko w kontakcie z drugim człowiekiem czujemy się albo przyjęci przez niego, czyli zaakceptowani, albo orientujemy się, że stawia się nam - bezsłownie! - a w dodatku nieświadomie warunki, albo tez odmawia akceptacji.
Od tego, czy czuję się akceptowana, czy nie, zależy przebieg komunikacji - nie tylko zresztą aktualnej komunikacji, ale całej relacji międzyosobowej. Właśnie dlatego nazywam akceptację przedpolem miłości bliźniego.
Między akceptacją a miłością istnieje coś na kształt sprzężenia zwrotnego: w atmosferze akceptacji może rozwijać się miłość - miłość także dyktuje akceptację, pozwala przyjąć drugiego człowieka bez zastrzeżeń. Miłość pozbawiona atmosfery akceptacji powoli umiera. Widać to najwyraźniej, gdy chodzi o miłość erotyczną.
Jej początkiem bywa coś znacznie gwałtowniejszego niż akceptacja, mianowicie podziw, zachwyt, fascynacja - zniekształcająca spostrzeganie, prześlepiająca wady, tak gwałtowna jak i nietrwała. Gdy fascynacja wygasa - a zawsze wygasa, gdy jej przedmiot stanie się uczestnikiem życia codziennego - razem z nią, gdy brak akceptacji bezwarunkowej, wygasa i miłość. Stąd tyle bolesnych rozczarowań, pretensji i raniących oskarżeń, gdy przyczyny wygasania uczucia szuka się w człowieku kochanym przedtem tak gwałtownie i bezkrytycznie.
Słusznie rodzi się pytanie o to, co robić, by objąć akceptację, okazywaną drugiemu uważną świadomością wierząc, że służy ona pielęgnowaniu więzi, rozwojowi miłości.
Jest wiele sposobów okazywania akceptacji. Najprostszym jest ofiarowanie człowiekowi czasu: w tym darowanym czasie można okazywać gestem i słowem szacunek. Najprostszym gestem szacunku będzie uważne słuchanie wypowiedzi. Ważnym elementem akceptacji jest akcentowanie wolności osoby, liczenie się z tą wolnością, a także koncentracja uwagi na osobie i jej przeżywaniu oraz powstrzymywanie się od ocen.
Tu może pojawić się zdziwienie: dlaczego powstrzymywanie się od ocen? Przecież pozytywna ocena jest potężnym ładunkiem akceptacji - tak się przynajmniej wydaje. A jednak lepiej powstrzymywać się od oceniania, mimo, że istnieje w nas subiektywna potrzeba ocen, jako znaków orientacyjnych. Wtedy jednak domagamy się ocen od osób wybranych, kompetentnych, obdarzanych zaufaniem. Ocena jest przeważnie porównywaniem z jakąś normą często idealną, nie osiągalną powszechnie; często jednak tylko porównywaniem między sobą ludzi rywalizujących. Dość często myli się ocenę z akceptacją: niektórzy dokładają wielu starań dla uzyskania pozytywnych ocen jako namiastki akceptacji i miłości!
Mamy więc sporo okazji i możliwości okazywania ludziom akceptacji - obdarzania nią. Dlaczego więc tak jej skąpimy - zwłaszcza najbliższym, tym, których kochamy?
Wtedy akceptacji przypisujemy także uznanie. Tymczasem mogę akceptować także i to, co nie koniecznie zasługuje na uznanie czy pochwałę. Akceptować znaczy głównie przyjąć, pozwolić być (przedmiotom lub człowiekowi) takim, jakim jest aktualnie i w ogóle. Tak rozumiana akceptacja jest akceptacją bezwarunkową. Tak akceptują swoje dzieci rodzice, tak akceptuje się przyjaciół.
Inny charakter ma akceptacja, która stawia jakby warunki: „akceptuję cię, jeżeli...". To akceptacja warunkowa. Dziecko spotyka się z nią najpóźniej w szkole ze strony nauczyciela: „akceptuję cię, gdy będziesz spokojnie siedział w ławce, uważał na lekcji i odrabiał zadania domowe." Podobnie w całym życiu społecznym: otrzymuję akceptację, gdy zachowuję normy obowiązujące w społeczności, płacę podatki i nie naruszam uprawnień współobywateli. Akceptacja warunkowa cechuje relacje w układach hierarchicznej nierówności, takich jak nauczyciel - uczeń, zwierzchnik - podwładny, pracodawca - pracownik, czasem także urzędnik - petent itp.
Akceptacja jest przedpolem miłości bliźniego i siebie samego, a także warunkiem dobrej komunikacji. Akceptować siebie i drugiego człowieka to znaczy praktycznie, pozwalać sobie i jemu być, jakim jest, ze wszystkim co stanowi jego wyposażenie a także bagaż psychiczny, a więc uzdolnienia, zalety i wady, własne i jego dokonania i nie-dokonania, sukcesy życiowe i porażki, zasługi i przewiny. W aktualnej teraźniejszości dotyczy to także nastroju uczuciowego: pogody ducha, ale też posępnego zniechęcenia. Dopiero na gruncie takiej bezwarunkowej akceptacji może rozwinąć się dobra komunikacja przede wszystkim z sobą, a także zrodzić miłość do bliźniego. Taka zdolność do akceptacji bezwarunkowej nie powstaje łatwo, wymaga bowiem wcześniejszego doznania takiej akceptacji od innych, z zewnątrz. Większość ludzi doznała jej we wczesnym dzieciństwie, wraz z miłością rodziców i dzięki niej dokonała także akceptacji siebie samych, a to dopiero sprawia, że potrafią także obdarować swoją akceptacją innych ludzi. W tym miejscu takie funkcjonowanie u nas alkoholików zostało zachwiane. Droga rozwoju zdolności do akceptacji przebiega więc od zewnątrz do wnętrza życia psychicznego, by z kolei stać się zdolnością okazywania akceptacji na zewnątrz.
Trudniej, gdy komuś poskąpiono akceptacji bezwarunkowej na początku życia, gdy stale napotykał na stawiane mu trudne do spełnienia warunki, gdy musiał na akceptację zasługiwać, a przez to także miał trudności z zaakceptowaniem siebie, ustawicznie wewnętrznie i sobie samemu stawiając warunki. Takiemu człowiekowi trudno przychodzi rezygnować ze stawiania warunków także innym ludziom - wydaje mu się, że może akceptować tylko tych, którzy te warunki spełniają. Taka postawa bardzo utrudnia rozwój pozytywnych relacji międzyludzkich, więzi rodzinnych i wspólnotowych.
Ważne jest, by zdać sobie sprawę z własnej postawy: czy akceptuje siebie bezwarunkowo, czy był taką akceptacją obdarowany i czy potrafi pozwolić innym i sobie być takimi, jakimi są, bez wewnętrznego stawiania im wymagań i czy od ich wypełnienia uzależnia swoją dla nich akceptację.
Zakres akceptacji obejmuje całego człowieka - a więc jego cielesność, granice jego możliwości, jednocześnie jego zdolność do działania, zdolność dokonywania przez niego wyborów a także jego odrębność (inność) i więzi uczuciowe z innymi ludźmi. Tylko taka akceptacja, która obejmuje wszystkie te elementy przeżywana bywa jako pełna. Wyłączenie z akceptacji jakiegokolwiek elementu bywa odbierane jako brak akceptacji. Jest w nas jakiś dodatkowy zmysł, specjalnie nastawiony na odbiór akceptacji. Bardzo szybko w kontakcie z drugim człowiekiem czujemy się albo przyjęci przez niego, czyli zaakceptowani, albo orientujemy się, że stawia się nam - bezsłownie! - a w dodatku nieświadomie warunki, albo tez odmawia akceptacji.
Od tego, czy czuję się akceptowana, czy nie, zależy przebieg komunikacji - nie tylko zresztą aktualnej komunikacji, ale całej relacji międzyosobowej. Właśnie dlatego nazywam akceptację przedpolem miłości bliźniego.
Między akceptacją a miłością istnieje coś na kształt sprzężenia zwrotnego: w atmosferze akceptacji może rozwijać się miłość - miłość także dyktuje akceptację, pozwala przyjąć drugiego człowieka bez zastrzeżeń. Miłość pozbawiona atmosfery akceptacji powoli umiera. Widać to najwyraźniej, gdy chodzi o miłość erotyczną.
Jej początkiem bywa coś znacznie gwałtowniejszego niż akceptacja, mianowicie podziw, zachwyt, fascynacja - zniekształcająca spostrzeganie, prześlepiająca wady, tak gwałtowna jak i nietrwała. Gdy fascynacja wygasa - a zawsze wygasa, gdy jej przedmiot stanie się uczestnikiem życia codziennego - razem z nią, gdy brak akceptacji bezwarunkowej, wygasa i miłość. Stąd tyle bolesnych rozczarowań, pretensji i raniących oskarżeń, gdy przyczyny wygasania uczucia szuka się w człowieku kochanym przedtem tak gwałtownie i bezkrytycznie.
Słusznie rodzi się pytanie o to, co robić, by objąć akceptację, okazywaną drugiemu uważną świadomością wierząc, że służy ona pielęgnowaniu więzi, rozwojowi miłości.
Jest wiele sposobów okazywania akceptacji. Najprostszym jest ofiarowanie człowiekowi czasu: w tym darowanym czasie można okazywać gestem i słowem szacunek. Najprostszym gestem szacunku będzie uważne słuchanie wypowiedzi. Ważnym elementem akceptacji jest akcentowanie wolności osoby, liczenie się z tą wolnością, a także koncentracja uwagi na osobie i jej przeżywaniu oraz powstrzymywanie się od ocen.
Tu może pojawić się zdziwienie: dlaczego powstrzymywanie się od ocen? Przecież pozytywna ocena jest potężnym ładunkiem akceptacji - tak się przynajmniej wydaje. A jednak lepiej powstrzymywać się od oceniania, mimo, że istnieje w nas subiektywna potrzeba ocen, jako znaków orientacyjnych. Wtedy jednak domagamy się ocen od osób wybranych, kompetentnych, obdarzanych zaufaniem. Ocena jest przeważnie porównywaniem z jakąś normą często idealną, nie osiągalną powszechnie; często jednak tylko porównywaniem między sobą ludzi rywalizujących. Dość często myli się ocenę z akceptacją: niektórzy dokładają wielu starań dla uzyskania pozytywnych ocen jako namiastki akceptacji i miłości!
Mamy więc sporo okazji i możliwości okazywania ludziom akceptacji - obdarzania nią. Dlaczego więc tak jej skąpimy - zwłaszcza najbliższym, tym, których kochamy?
piątek, 10 lutego 2012
" ASERTYWNOŚĆ DLA ALKOHOLIKA "
KAŻDA DROGA ZACZYNA SIĘ OD PIERWSZEGO KROKU...
... już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów - Pogoda Ducha i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, ze Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić. Czy są to obietnice bez pokrycia? Sądzimy, że nie. Urzeczywistniają się czasem szybko, czasem wolniej, ale zawsze się materializują, jeśli nad nimi pracujemy.
Anonimowi Alkoholicy str.72
Asertywność to w psychologii termin oznaczający bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nie naruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych. Jest to umiejętność nabyta.
Asertywność to zachowania wyrażające uczucia, postawy, życzenia, opinie lub prawa człowieka, w sposób bezpośredni, stanowczy i uczciwy, a jednocześnie respektujący uczucia, postawy, życzenia, opinie i prawa drugiego człowieka.
Zachowanie asertywne może obejmować wyrażanie gniewu, strachu, zaangażowania, nadziei, radości, rozpaczy, oburzenia, zakłopotania ...i takich tam, ale w każdym z tych przypadków uczucia te wyrażone są w sposób, który nie narusza praw drugiego człowieka.
Zachowanie asertywne odróżnia się od zachowania agresywnego, które wyrażając uczucia, postawy, życzenia, opinie lub prawa nie respektuje tego samego u innych osób.
Asertywność to umiejętność pełnego wyrażania siebie w kontaktach z drugim człowiekiem bez naruszania jego praw.
Postawa asertywna to obrona poczucia własnej godności, umiejętność osiągania porozumienia, szacunek i sympatia dla siebie, szacunek dla innych, umiejętność wyrażania siebie, niekrzywdzenie i nieranienie innych, bezpośrednie i uczciwe zachowanie, umiejętność obrony swoich praw i wartości, przyjmowanie odpowiedzialności za własne życie.
Korzyści z bycia asertywnym to na pewno poczucie własnej wartości, poczucie własnej mocy i siły, wzrost pewności siebie, otwartości, unikanie konfliktów, większa skuteczność, dobre, poprawne stosunki z innymi, poczucie satysfakcji i zadowolenia z siebie oraz szacunek innych.
Asertywne przyjmowanie opinii wiąże się z przyjęciem postawy "Jestem w porządku". Cudza ocena nie jest jedyną obiektywną prawdą czy wyrokiem, jest jedną z możliwych opinii. Dopuszczajmy posiadanie przez innych odmiennego zdania. Opinia innych jest tylko opinią, z którą możemy się zgodzić lub nie. Jeśli ktoś nas ocenia krytycznie, zgodnie lub niezgodnie z prawdą, to potraktujmy tę ocenę jak opinię i wyraźmy własne zdanie na ten temat. Jeżeli ktoś nas krytykuje na podstawie pojedynczych faktów, to należy sprowadzić uogólnienie do konkretnego faktu, a potem ustosunkować się do tego faktu.
Żeby być w porządku sami możemy przyjąć postawę asertywną, mówmy tylko o sobie, własnych doświadczeniach, poglądach i przeżyciach, bez zbytniego filozofowania, nie krytykujmy i nie oceniajmy innych. Nie ukrywajmy się za innymi (my, wy, oni), pamiętając o własnej, niewątpliwej przecież, wartości, szacunku i sympatii dla siebie. Nie udzielajmy innym rad, to zwykłe wtrynianie się w życie drugiego człowieka, a tego nikt nie lubi. Pomożemy opowiadając o własnych przeżyciach i zachowaniach w podobnych sytuacjach. Nie przerywajmy innym i nie komentujmy ich słów. Nie musimy walczyć z czymkolwiek i kimkolwiek, mamy prawo do wolności. Pamiętajmy, że interpretacja jest decyzją, w której decydujemy jakie znaczenie ma dane doświadczenie i dokonujemy ją poprzez ocenę, albo poprzez analizę. Ocena polega na podjęciu decyzji co do tego, że coś jest dobre, lub złe, pozytywne lub negatywne, natomiast analiza to decyzja, że coś jest lub nie jest. Różnica ta jest bardzo ważna, ponieważ ocena zwykle powoduje emocjonalna reakcje np. szczęścia, lęku lub gniewu, podczas gdy czysta analiza nie powoduje takich reakcji, dzieje się tak dlatego, że to, co "dobre", tworzy wzorce oczekiwania przyjemności, aprobaty i akceptacji, a to "złe" - wzorce oczekiwania bólu, potępienia i odrzucenia. Natomiast czyste istnienie wywołuje zainteresowanie lub obojętność, przyjmujemy to co ważne dla nas, a resztę zostawiamy.
W rzeczywistości asertywność jest bardzo stara i ujmuje ją powiedzenie - "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" albo jeszcze pokrętniej - "miłuj bliźniego swego jak siebie samego". Moim osobistym zdaniem, staroświecka nazwa asertywności to pokora. A pokora według mnie jest niczym czoło. Czoło, które nie jest ani za nisko, ani za wysoko, ale na swoim miejscu. Trzeba się nauczyć chodzić wyprostowanym, najlepiej być prostym, prawdziwym i dostojnym.
Asertywność wyrażana jest prawem do:
- wyrażania własnych myśli i opinii, nawet jeśli różnią się one od poglądów innych ludzi,
- wyrażania własnych uczuć i brania za nie odpowiedzialności
- mówienia "tak" bez poczucia winy
- mówienia "nie" bez poczucia winy
- mówienia "nie wiem" bez konieczności usprawiedliwiania się
- mówienia "nie rozumiem" bez konieczności usprawiedliwiania się
- zmiany zdania bez konieczności usprawiedliwiania się
- popełniania błędów i do ponoszenia za nie odpowiedzialności
- proszenia o to, czego się chce
- szacunku u innych ludzi oraz ich szanowania
- wysłuchania i poważnego potraktowania
- niezależności
- odnoszenia sukcesów
- odmówienia sobie i innym asertywnego zachowania
Prawa te wydają się oczywiste, jednak w praktyce bardzo często okazuje się, że mamy z tym problemy.
---------------------------------------------------------------------------
Jak nauczyłem się asertywnie odmawiać alkoholu
Potrafiłem idealnie odmówić wejścia na jezdnię pod pędzące samochody, czy przebiegania przed pociągami. Ale jeśli chodziło o alkohol nawet pomyśleć „nie” jakoś mi nie wychodziło. Wprawdzie miałem zajęcia, na których ćwiczyliśmy odmawianie alkoholu. Ale co innego zabawa na terapii, co innego rozmowa z kompanami od flaszki, a co innego odmówienie samemu sobie.
Okazje do wypicia ciągle mi towarzyszyły, ale przebywając z ludźmi, którzy potrafili sobie odmówić alkoholu sam nabierałem tej mocy. Nie potrafię tu użyć określenia umiejętności. Odmawianie alkoholu przez alkoholika to coś więcej niż talent. Jest jakimś rodzajem samozaprzeczenia. To wyklucza samo siebie. Stawałem się trzeźwym alkoholikiem. Zaczynałem bardzo nielogiczny okres swojego życia. Trudno to zrozumieć ludziom, którzy nigdy nie byli uzależnieni, ale to coś jakby z przyrody usunąć wodę, a ona by miała dalej funkcjonować.
Na początku używałem alibi o leczeniu alkoholizmu. Nawet największe pijaki potrafiły zrozumieć, że nie piję bo się leczę. Oczywiście dla nich to był tylko stan przejściowy. Każde leczenie kiedyś się kończy. Potem zaczynałem mówić, że już nie chce pić. Byłem na tyle przekonujący, że dawano mi spokój – dopóki mi nie przejdzie. To był proces, który jednak w pewnym momencie zaowocował tym, że przestałem zauważać proponowanie alkoholu i moje odmowy. Stały się tak naturalne, ponieważ zaczęły stanowić prawdę o mnie.
W pewnych kwestiach muszę się przyznać do najlepszej postawy, do jakiej potrafiłem sięgnąć. Np. nie podnosiłem toastów zastępnikami. „Nie piję” było dla mnie postawą życiową, a nie tylko unikaniem alkoholu. Podobnie nie wchodziłem do knajp napić się koli. Abstynent to przecież nie jest idiota. Nie chodziłem już na imprezy, które były tylko pretekstem do sięgania po alkohol. Podczas spotkań, na których był alkohol, wychodziłem albo wtedy, gdy nie było już z kim pogadać, albo dlatego, że nie miałem obowiązku tkwić na nich w nieskończoność. Cały czas jednak dbałem o to by być wśród niepijących alkoholików. Do swojej terapki chodziłem jeszcze w drugim roku abstynencji, po terapii pogłębionej. Bywałem tam gdzie odbywały się większe spotkania otrzeźwieńców – zloty, warsztaty itp.
W końcu naprawdę przestałem zauważać alkohol. Przestał cokolwiek znaczyć w moim życiu. Albo zaczął nic nie znaczyć. Zostałem uwolniony, chociaż były czasy, że przez myśl by mi nie przeszło, że tak może być. Alkohol nie jest mi już do niczego potrzebny. Nawet monitor potrafię wyczyścić bez alkoholu. Kiedyś myślałem, że trzeba zaorać całe miasto i zbudować je od nowa, bez sklepów z alkoholem, bym miał szansę. Dziś znam moc słowa „nie” i wiem, że to dar pochodzący od Boga, który kiedyś objawił mi się w okolicznościach mojego upadku na alkoholowe dno i poprzez ludzi, którzy wtedy się wokół mnie znaleźli. Przecież to nie ja ich zaprosiłem do swojego życia, tylko oni mnie.
Alkohol nie jest groźny jedynie dla tych,
którzy umieją dojrzale myśleć, kochać i pracować.
Zaczerpnięto z "Jaras"
... już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów - Pogoda Ducha i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, ze Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić. Czy są to obietnice bez pokrycia? Sądzimy, że nie. Urzeczywistniają się czasem szybko, czasem wolniej, ale zawsze się materializują, jeśli nad nimi pracujemy.
Anonimowi Alkoholicy str.72
Asertywność to w psychologii termin oznaczający bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nie naruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych. Jest to umiejętność nabyta.
Asertywność to zachowania wyrażające uczucia, postawy, życzenia, opinie lub prawa człowieka, w sposób bezpośredni, stanowczy i uczciwy, a jednocześnie respektujący uczucia, postawy, życzenia, opinie i prawa drugiego człowieka.
Zachowanie asertywne może obejmować wyrażanie gniewu, strachu, zaangażowania, nadziei, radości, rozpaczy, oburzenia, zakłopotania ...i takich tam, ale w każdym z tych przypadków uczucia te wyrażone są w sposób, który nie narusza praw drugiego człowieka.
Zachowanie asertywne odróżnia się od zachowania agresywnego, które wyrażając uczucia, postawy, życzenia, opinie lub prawa nie respektuje tego samego u innych osób.
Asertywność to umiejętność pełnego wyrażania siebie w kontaktach z drugim człowiekiem bez naruszania jego praw.
Postawa asertywna to obrona poczucia własnej godności, umiejętność osiągania porozumienia, szacunek i sympatia dla siebie, szacunek dla innych, umiejętność wyrażania siebie, niekrzywdzenie i nieranienie innych, bezpośrednie i uczciwe zachowanie, umiejętność obrony swoich praw i wartości, przyjmowanie odpowiedzialności za własne życie.
Korzyści z bycia asertywnym to na pewno poczucie własnej wartości, poczucie własnej mocy i siły, wzrost pewności siebie, otwartości, unikanie konfliktów, większa skuteczność, dobre, poprawne stosunki z innymi, poczucie satysfakcji i zadowolenia z siebie oraz szacunek innych.
Asertywne przyjmowanie opinii wiąże się z przyjęciem postawy "Jestem w porządku". Cudza ocena nie jest jedyną obiektywną prawdą czy wyrokiem, jest jedną z możliwych opinii. Dopuszczajmy posiadanie przez innych odmiennego zdania. Opinia innych jest tylko opinią, z którą możemy się zgodzić lub nie. Jeśli ktoś nas ocenia krytycznie, zgodnie lub niezgodnie z prawdą, to potraktujmy tę ocenę jak opinię i wyraźmy własne zdanie na ten temat. Jeżeli ktoś nas krytykuje na podstawie pojedynczych faktów, to należy sprowadzić uogólnienie do konkretnego faktu, a potem ustosunkować się do tego faktu.
Żeby być w porządku sami możemy przyjąć postawę asertywną, mówmy tylko o sobie, własnych doświadczeniach, poglądach i przeżyciach, bez zbytniego filozofowania, nie krytykujmy i nie oceniajmy innych. Nie ukrywajmy się za innymi (my, wy, oni), pamiętając o własnej, niewątpliwej przecież, wartości, szacunku i sympatii dla siebie. Nie udzielajmy innym rad, to zwykłe wtrynianie się w życie drugiego człowieka, a tego nikt nie lubi. Pomożemy opowiadając o własnych przeżyciach i zachowaniach w podobnych sytuacjach. Nie przerywajmy innym i nie komentujmy ich słów. Nie musimy walczyć z czymkolwiek i kimkolwiek, mamy prawo do wolności. Pamiętajmy, że interpretacja jest decyzją, w której decydujemy jakie znaczenie ma dane doświadczenie i dokonujemy ją poprzez ocenę, albo poprzez analizę. Ocena polega na podjęciu decyzji co do tego, że coś jest dobre, lub złe, pozytywne lub negatywne, natomiast analiza to decyzja, że coś jest lub nie jest. Różnica ta jest bardzo ważna, ponieważ ocena zwykle powoduje emocjonalna reakcje np. szczęścia, lęku lub gniewu, podczas gdy czysta analiza nie powoduje takich reakcji, dzieje się tak dlatego, że to, co "dobre", tworzy wzorce oczekiwania przyjemności, aprobaty i akceptacji, a to "złe" - wzorce oczekiwania bólu, potępienia i odrzucenia. Natomiast czyste istnienie wywołuje zainteresowanie lub obojętność, przyjmujemy to co ważne dla nas, a resztę zostawiamy.
W rzeczywistości asertywność jest bardzo stara i ujmuje ją powiedzenie - "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" albo jeszcze pokrętniej - "miłuj bliźniego swego jak siebie samego". Moim osobistym zdaniem, staroświecka nazwa asertywności to pokora. A pokora według mnie jest niczym czoło. Czoło, które nie jest ani za nisko, ani za wysoko, ale na swoim miejscu. Trzeba się nauczyć chodzić wyprostowanym, najlepiej być prostym, prawdziwym i dostojnym.
Asertywność wyrażana jest prawem do:
- wyrażania własnych myśli i opinii, nawet jeśli różnią się one od poglądów innych ludzi,
- wyrażania własnych uczuć i brania za nie odpowiedzialności
- mówienia "tak" bez poczucia winy
- mówienia "nie" bez poczucia winy
- mówienia "nie wiem" bez konieczności usprawiedliwiania się
- mówienia "nie rozumiem" bez konieczności usprawiedliwiania się
- zmiany zdania bez konieczności usprawiedliwiania się
- popełniania błędów i do ponoszenia za nie odpowiedzialności
- proszenia o to, czego się chce
- szacunku u innych ludzi oraz ich szanowania
- wysłuchania i poważnego potraktowania
- niezależności
- odnoszenia sukcesów
- odmówienia sobie i innym asertywnego zachowania
Prawa te wydają się oczywiste, jednak w praktyce bardzo często okazuje się, że mamy z tym problemy.
---------------------------------------------------------------------------
Jak nauczyłem się asertywnie odmawiać alkoholu
Potrafiłem idealnie odmówić wejścia na jezdnię pod pędzące samochody, czy przebiegania przed pociągami. Ale jeśli chodziło o alkohol nawet pomyśleć „nie” jakoś mi nie wychodziło. Wprawdzie miałem zajęcia, na których ćwiczyliśmy odmawianie alkoholu. Ale co innego zabawa na terapii, co innego rozmowa z kompanami od flaszki, a co innego odmówienie samemu sobie.
Okazje do wypicia ciągle mi towarzyszyły, ale przebywając z ludźmi, którzy potrafili sobie odmówić alkoholu sam nabierałem tej mocy. Nie potrafię tu użyć określenia umiejętności. Odmawianie alkoholu przez alkoholika to coś więcej niż talent. Jest jakimś rodzajem samozaprzeczenia. To wyklucza samo siebie. Stawałem się trzeźwym alkoholikiem. Zaczynałem bardzo nielogiczny okres swojego życia. Trudno to zrozumieć ludziom, którzy nigdy nie byli uzależnieni, ale to coś jakby z przyrody usunąć wodę, a ona by miała dalej funkcjonować.
Na początku używałem alibi o leczeniu alkoholizmu. Nawet największe pijaki potrafiły zrozumieć, że nie piję bo się leczę. Oczywiście dla nich to był tylko stan przejściowy. Każde leczenie kiedyś się kończy. Potem zaczynałem mówić, że już nie chce pić. Byłem na tyle przekonujący, że dawano mi spokój – dopóki mi nie przejdzie. To był proces, który jednak w pewnym momencie zaowocował tym, że przestałem zauważać proponowanie alkoholu i moje odmowy. Stały się tak naturalne, ponieważ zaczęły stanowić prawdę o mnie.
W pewnych kwestiach muszę się przyznać do najlepszej postawy, do jakiej potrafiłem sięgnąć. Np. nie podnosiłem toastów zastępnikami. „Nie piję” było dla mnie postawą życiową, a nie tylko unikaniem alkoholu. Podobnie nie wchodziłem do knajp napić się koli. Abstynent to przecież nie jest idiota. Nie chodziłem już na imprezy, które były tylko pretekstem do sięgania po alkohol. Podczas spotkań, na których był alkohol, wychodziłem albo wtedy, gdy nie było już z kim pogadać, albo dlatego, że nie miałem obowiązku tkwić na nich w nieskończoność. Cały czas jednak dbałem o to by być wśród niepijących alkoholików. Do swojej terapki chodziłem jeszcze w drugim roku abstynencji, po terapii pogłębionej. Bywałem tam gdzie odbywały się większe spotkania otrzeźwieńców – zloty, warsztaty itp.
W końcu naprawdę przestałem zauważać alkohol. Przestał cokolwiek znaczyć w moim życiu. Albo zaczął nic nie znaczyć. Zostałem uwolniony, chociaż były czasy, że przez myśl by mi nie przeszło, że tak może być. Alkohol nie jest mi już do niczego potrzebny. Nawet monitor potrafię wyczyścić bez alkoholu. Kiedyś myślałem, że trzeba zaorać całe miasto i zbudować je od nowa, bez sklepów z alkoholem, bym miał szansę. Dziś znam moc słowa „nie” i wiem, że to dar pochodzący od Boga, który kiedyś objawił mi się w okolicznościach mojego upadku na alkoholowe dno i poprzez ludzi, którzy wtedy się wokół mnie znaleźli. Przecież to nie ja ich zaprosiłem do swojego życia, tylko oni mnie.
Alkohol nie jest groźny jedynie dla tych,
którzy umieją dojrzale myśleć, kochać i pracować.
Zaczerpnięto z "Jaras"
Subskrybuj:
Posty (Atom)


